Andrzej Strejlau to jeden z najwybitniejszych trenerów w historii polskiej piłki nożnej. Był asystentem selekcjonera reprezentacji Polski Kazimierza Górskiego podczas pamiętnych mistrzostw świata 1974 roku, w późniejszych latach sam przejął stery drużyny narodowej (1989-93). W swej karierze trenerskiej prowadził m.in. Legię Warszawa, Zagłębie Sosnowiec, grecką Larisę. Pracował także na Islandii i w Chinach. Ostatnio występuje w roli komentatora wydarzeń sportowych, również w Polsacie Sport.

 

MŚ w piłce nożnej - 1974. Na ławce reprezentacji Polski trenerzy Andrzej Strejlau, Kazimierz Górski i Jacek Gmoch. / fot. PAP

 

Robert Murawski: Kibice pamiętają Pańskie dokonania w roli trenera piłki nożnej, ale przygodę ze sportem rozpoczynał Pan jako zawodnik piłki ręcznej...

 

Andrzej Strejlau: Tak, występowałem nawet w reprezentacji Polski, najpierw młodzieżowej, a później seniorów, i to zarówno w drużynie jedenastoosobowej, jak i w "siódemkach". Przygodę z piłką ręczną zaczynałem jeszcze w czasach szkolnych. Najpierw był to zespół Varsovii, który balansował między pierwszą, a drugą ligą. W 1960 roku trafiliśmy pod skrzydła Warszawianki i tam udało się już stworzyć nieco silniejszą drużynę. W Warszawiance, już w momencie gdy rozpocząłem studia na AWF, byłem przez moment grającym trenerem. Mimo, że miałem pod sobą starszych zawodników, powierzono mi tę funkcję, którą pełniłem do czasu zatrudnienia w roli szkoleniowca Pawła Wiśniowskiego.

 

Euro 2016: W Katowicach zabrakło biletów na niedzielę

 

W tym samym czasie grał Pan również w lidze piłki nożnej, jak udawało się pogodzić uprawianie obu dyscyplin?

 

Na początku nie było z tym kłopotów, schody zaczęły się na czwartym roku studiów na AWF. Zostałem wówczas trenerem - koordynatorem w Warszawiance. Nadal występowałem w tym klubie w drużynie ekstraklasy piłki ręcznej, a w zespole AWF grałem w piłkę nożną w trzeciej lidze. Zdarzyło się kiedyś, że tej samej niedzieli grałem o godzinie 11.00 mecz w barwach AWF przeciwko Warszawiance w lidze piłki nożnej, a kilka godzin po jego zakończeniu, zagrałem w barwach Warszawianki przeciwko... AWF w spotkaniu piłki ręcznej. Uczelnia nie zgodziła się na taką sytuację. Musiałem w końcu zdecydować się na AWF, gdzie w piłkę ręczną grywałem coraz rzadziej i powoli zakończyłem karierę.

 

Jakie były mocne strony piłkarza ręcznego Warszawianki Andrzeja Strejlaua?

 

Byłem dosyć dobrze wyszkolony technicznie. Najpierw grałem na kole, później na rozegraniu. Jak to się mówi: piłka mi nie przeszkadzała w grze. Miałem też dobrą koordynację ruchową i nawet dzisiaj, mimo swoich lat i mimo, że jestem po operacji biodra, zachowałem dosyć dobrą sprawność.

 

Które kluby w tamtych latach odgrywały czołowe role w polskiej piłce ręcznej?

 

Bardzo mocną drużynę miał Śląsk Wrocław - niemal etatowy mistrz Polski, zarówno w "siódemkach", jak i "jedenastkach". Wrocławianie mieli wówczas w składzie kilku wybitnych zawodników z bramkarzem Henrykiem Gąsiorem i Kazimierzem Frąszczakiem na czele. Największym rywalem Śląska była Sparta Katowice. Włączały się do rywalizacji kluby z Gdańska. Liczyły się również Pogoń Zabrze - z Franciszkiem Cholewą w składzie, Start Gniezno - gdzie handballowy epizod w swej karierze zaliczył jeden z najlepszych polskich koszykarzy Mieczysław Łopatka, Gwardia Opole czy AKS Chorzów.

 

W czasach, gdy grał Pan w piłkę ręczną, w tej dyscyplinie sportu rywalizowano zarówno w wersji siedmioosobowej, jak i w jedenastoosobowej. Co sprawiło, że tę drugą, rozgrywaną na trawiastych boiskach odmianę, przestano w pewnym momencie uprawiać?

 

Już w momencie, gdy rozpoczynałem przygodę z piłką ręczną, mówiłem, że jej jedenastoosobowa odmiana szybko umrze śmiercią naturalną. Przyczyn było kilka. Pierwsza, to fakt, że wersja siedmioosobowa była bardziej widowiskowa, dynamiczna. Większa była szybkość przeprowadzanych akcji, częściej padały bramki. Przepisy gry w odmianie 11-osobowej, szczególnie podział na strefy, nieco tę widowiskowość ograniczały. Drugą istotną przyczyną była aura. Warto przypomnieć, że również w początkach ligi "siódemek" rozgrywaliśmy mecze na boiskach trawiastych i kortowych. Warszawianka rozgrywała swoje spotkania ligowe na Agrykoli. Jak lunął deszcz nie dało rady grać na boisku trawiastym, a również boiska kortowe musiały być dobrze przygotowane, bo także na nich tworzyły się kałuże. Stawało się jasne, że piłka ręczna zostanie dyscypliną jesienno-zimową i halową, tak też się wkrótce stało. Od połowy lat sześćdziesiątych przestano w ogóle rozgrywać mistrzostwa Polski, ale również mistrzostwa świata "jedenastek".

 

 

Za co najbardziej lubi Pan handball, a jakie są Pana zdaniem największe mankamenty tej dyscypliny?

 

Piłka ręczna to wspaniała, widowiskowa gra, wzbudzająca niejednokrotnie ogromne emocje, imponująca różnorodnością rozwiązań taktycznych. Jeśli chodzi o wady, to z pewnością zbyt często zdarzają się narzekania na pracę sędziów, na ich zaskakujące decyzje. Moim zdaniem zbyt duża jest tolerancja ciężkich fauli, przez co na boisku dochodzi czasem do dramatycznych sytuacji i groźnych kontuzji. To właśnie jest zadanie arbitrów, by każdy przejaw brutalnej gry temperować już w zarodku. Jestem zwolennikiem szybkiej reakcji w takich sytuacjach i to bez względu na dyscyplinę. Podobnie w piłce nożnej, atak z tyłu na nogi rywala to natychmiastowe wyrzucenie z boiska, nie żadna tam żółta kartka. Niszczenie zdrowia zawodnikowi z przeciwnej drużyny powinno być drastycznie karane. Niestety, tam gdzie mamy dowolną interpretację sędziowską, zawsze będą kontrowersje.

 

Czy jakieś doświadczenia zdobyte w piłce ręcznej wykorzystał Pan później, jako szkoleniowiec piłki nożnej?

 

Poszczególne gry zespołowe przenikają się w wielu elementach i trenerzy piłkarscy korzystają oczywiście z doświadczeń innych dyscyplin. Nie chodzi tylko o samą taktykę, ale również o teorię i praktykę treningu. Z piłki ręcznej i koszykówki przeniknęły do piłki nożnej chociażby pewne elementy gry obronnej, podobnie jak z hokeja na lodzie - futbolowy pressing jest w pewnym stopniu wzorowany na hokejowym forecheckingu.

 

Andrzej Strejlau i Jerzy Engel podczas imprezy promującej Euro 2012. / fot. Cyfrasport

 

W czasie swej kariery trenerskiej pracował Pan m.in. na Islandii. Piłka ręczna uchodzi tam za sport narodowy.

 

Oczywiście, piłka ręczna to na Islandii sport numer jeden, choć w ostatnim czasie Islandczycy zaczęli liczyć się w Europie również w piłce nożnej. Na Islandii, gdzie pracowałem jako trener Fram Reykjavík, miałem okazję spotkać Bogdana Kowalczyka. Znaliśmy się jeszcze z czasów, gdy reprezentowaliśmy barwy Warszawianki, później on przeszedł do Śląska Wrocław, gdzie został świetnym bramkarzem, reprezentantem Polski, a następnie wybitnym trenerem piki ręcznej. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wylądował na Islandii, gdzie odnosił ogromne sukcesy. Seryjnie zdobywał z Vikingurem Reykjavik mistrzostwo kraju, potem objął tamtejszą reprezentację i dwukrotnie pojechał z nią na igrzyska olimpijskie.

 

Rozmawiamy chwilę przed rozpoczęciem mistrzostw Europy piłkarzy ręcznych w Polsce, jak wyglądają Pana prognozy przed tym turniejem?

 

Moim zdaniem o czołowe lokaty będą się biły te zespoły, które dysponują silną i szeroką ławką rezerwowych. Ławką, z której mogą wejść zawodnicy, którzy wzmocnią grę drużyny w trudnych momentach. Nastroje w polskim obozie po porażce z Hiszpanią nie są z pewnością najweselsze. Sam jestem ciekaw, jak występ na turnieju w Hiszpanii wpłynie na postawę Polaków. Czy ta impreza była aż tak naszej drużynie potrzebna? Polacy wypadli słabo i nie chodzi tylko o mecz z gospodarzami. Postawa w pierwszej połowie meczu ze Szwecją też pozostawia wiele do życzenia. Jesteśmy trzecią drużyną świata, ale pamiętajmy, że te brązowe medale zdobyliśmy rok temu. Trochę czasu już upłynęło... Rywale dobrze nas znają, każdy wie, co potrafi np. Karol Bielecki i nie możemy liczyć na to, że jakakolwiek drużyna nie potraktuje nas poważnie. Z drugiej strony to trzecie miejsce do czegoś zobowiązuje i Polacy poniżej pewnego poziomu nie powinni zejść. Przypuszczam, że przed turniejem rozgrywanym w Polsce jest w drużynie ogromna mobilizacja. Trudno też powiedzieć, czy kontuzje Mariusza Jurkiewicza, czy też noszącego się z zamiarem powrotu do kadry Grzegorza Tkaczyka nie pokrzyżują planów Michaela Bieglera.

 

Czyli sytuacja nie wygląda najlepiej?

 

Przed takimi turniejami unikam wszelkich proroctw i wskazywania zwycięzców. W dzisiejszych czasach rywalizacja drużyn na podobnym poziomie sprowadza się często do detali, dyspozycji dnia... Pamięta pan, w jakich okolicznościach polscy siatkarze zajęli kilka dni temu  trzecie miejsce na turnieju w Berlinie?

  

Tak, po bardzo emocjonującym meczu z gospodarzami...

 

Dwa punkty. Dwa punkty zadecydowały o klęsce Niemiec - bo ta reprezentacja straciła szanse na igrzyska - i o przedłużeniu nadziei Polaków. "Szacunek dla pokonanych" - napisałem po tym meczu na twitterze.

 

 

Mamy mocną reprezentację w siatkówce, wspaniałą drużynę, świetnych trenerów - bo Stephane Antiga i Philip Blain wykonali kawał dobrej roboty, ale niech pan pomyśli, co by było, gdyby w tej końcówce szczęście uśmiechnęło się do naszych rywali? Wie pan, co by się wtedy działo w polskich mediach? Już wyobrażam sobie te analizy: "złe przygotowania, brak wyczucia, nietrafione zmiany..." W sporcie trzeba zrozumieć fakt, że gdy mierzą się ze sobą dwie wspaniałe drużyny, jedna może być gorsza... Że czasami decydują milimetry i ułamki sekund, że chwila słabości jednego zawodnika może zniweczyć wysiłek całego zespołu.  I nie da się tego wcześniej przewidzieć. Pamięta pan finał turnieju w Berlinie?

 

Francuzi nieoczekiwanie przegrali z Rosjanami...

 

No właśnie. Przed turniejem niewielu dawało Rosjanom jakiekolwiek szanse na sukces. W pierwszej fazie Francja wygrała z Rosją 3:1, w żadnym z przegranych setów Rosjanie nie zdobyli nawet dwudziestu punktów. I niech pan teraz zobaczy: mijają cztery dni i ta sama Rosja ogrywa tę samą Francję i to bez większej dyskusji. Nie chcę się teraz pastwić nad ekspertami, którzy twierdzili wcześniej, że drużyna Władimira Alekno nie odegra w tym turnieju większej roli... Zawsze przestrzegam przed wydawaniem ostatecznych werdyktów,  zanim zawodnicy pojawią się na boisku.

 

Czyli z turnieju w Hiszpanii nie powinniśmy wyciągać daleko idących wniosków przed Euro?

 

Turniej towarzyski ma swoją specyfikę. Tu, do taktyki przygotowanej przez trenerów może się jeszcze wkraść element improwizacji. W takich zawodach reprezentanci, bez względu na zamysły szkoleniowców, nie będą ryzykowali bardziej dynamicznych, agresywnych akcji, żeby nie narazić się na kontuzje. Bo przecież każdy z nich chce wystąpić na tych szczególnych, rozgrywanych w Polsce, mistrzostwach.

 

W meczach o punkty powinno to wyglądać dużo lepiej?

 

Mistrzostwa, gra o punkty to już zupełnie inna sprawa. Tu Polacy muszą pokazać to, co najlepsze, to, co w ostatnim okresie wypracowali wspólnie z trenerem Bieglerem. Muszą też pokazać walkę i polski charakter. Jedną z cech naszych reprezentantów - i to bez względu na dyscyplinę - jest to, że w towarzyskich próbach, czy mniej ważnych momentach,  nie zawsze chcą demonstrować pełnię swych umiejętności, nie zawsze chcą grać na sto procent, ale w najważniejszych chwilach potrafią się zmobilizować i dokonać rzeczy wielkich.  Oczywiście, ważne są też indywidualne umiejętności, ale zadecyduje zespołowość.