Wędrowniczka Sam

 

Stosur, mistrzyni Wielkiego Szlema (US Open’2011), jakżeż niedoceniana w Australii. Łysiny na trybunach podczas konferencji prasowych są zastanawiające. A przecież Sam to ciekawa osoba. Nie znosi siedzieć w hotelu, nie wie dokąd leci jej kolejny samolot, nie chce czytać w oczach Cyganki wróżącej przyszłość, choc sama jest Cyganką wiecznie wędrującą. Dla niej rozmowa z leżącym na materacu misiem z okolic Wagga Wagga byłaby intrygującym przeżyciem. Lubi włóczęgostwo. Rozsadza ją monotonia tenisowego świata. Ktoś kto wiecznie siedzi przy biurku, w końcu buntuje się i chce skoczyć na bungee. Osoba, która przemieszcza się z lotniska na kort, z kortu do hotelu i pobliskiej knajpy, pragnie szaleć na nartach. Wyobrażacie sobie Samanthę lecącą w powietrzu na deskach? Niczym Zuzana Zuzićka Stromkova ze Słowacji… “Pewnie wściekałabym się na siebie, gdybym się połamała na nartach, ale korci mnie ta perspektywa, że hej. Nie odważyłabym się ścigać na motocyklu Casey Stonera na Phillip Island, ale czuję, że narty są dla mnie” – wyznała Sam.

 

Ma inne podejście do życia niż Ashleigh Barty. Ashleigh dotarła do trzech finałów Szlema w deblu, spojrzała w lustro i rzekła: dosyć klimatu wagabundy. Barty twierdzi, że tenis to nieludzka praca. Jesteś z dala od domu, od przyjaciół, zapominasz jak wygląda twój pies, nie wiesz co to znaczy smaczny obiad w dobrym towarzystwie. Choć wróżono jej wielką przyszłość w tenisie, Ashleigh postawiła na krykiet. Gra w kobiecej lidze krykieta w Australii. Jest szczęśliwa, bo widuje koleżanki, ma czas dla siebie, może iść na zakupy i nie musi martwić się o to czy wszystko co potrzebne spakowała do walizki. Ot, kwestia wyboru i odczytania kolorów własnej duszy.

 

Craig Tiley zaczyna powoli rozumieć, że australijski tenis potrzebuje eksplodującego Kyrgiosa. W oficjalnej rozmowie przyznał, że ci, którzy krytykują Nicka za dziwaczne słownictwo i cyrkowe popisy, zabijają się w kasach za biletami na mecze Kyrgiosa. On jest wyrazisty, a tenis potrzebuje postaci, które odciągną młodzież od niebezpiecznych rozrywek. Craig rozumie, że Jerzy Janowicz nie musi wszystkim schlebiać i być arcymiły jak król Roger, bo nie warto zabijać w ludziach naturalnych instynktów. Miłośnik muzyki ma prawo wybrać pomiędzy jazzem, rockiem, funky, reggae, metalem. Nie wszyscy muszą być ugłaskani i super grzeczni. Poza tym, zachowanie Kyrgiosa podczas ceremonii wręczania trofeum za wygraną w Pucharze Hopmana unaoczniło niedowiarkom, że Nick to wrażliwy chłopak, ale ta wrażliwosc jest zakopana głęboko niczym malowidła Aborygenów w Coober Pedy…

 

Jerzy Janowicz trenował w niedzielne popołudnie na korcie nr 14 z Ernestsem Gulbisem. Było cichutko jak makiem zasiał, ale obaj panowie harowali w pocie czoła. Trybuna o delikatnej konstrukcji dawała nieco cienia, a Łotysz i Polak dawali z siebie maksimum. Ernests czuł wzrok wybranki serca i wiedział, że jeśli tego wieczoru nie pójdzie z nią do chińskiej restauracji, wówczas będzie krucho. “Wybierz chińską knajpkę w Melbourne, najlepszą w mieście. Jednak jeśli okaże się, że jest beznadziejna, spadamy z niej w trzy sekundy. Krócej niż nasze wymiany na treningu z Jurkiem” – rzekł impulsywny Łotysz kochający miasto Jurmala i wulkaniczne wibracje.

 

Klaus Schulze, fenomenalny perkusista z formacji Tangerine Dream, byłby zachwycony Gulbisem, bo muzyk z mandarynkowego marzenia zawsze fascynował się zjawiskiem pt. jak to możliwe, że w jednym człowieku mieszka tyleż samo subtelności co oszałamiającego szaleństwa…