Stefański jest Ślązakiem z urodzenia, ale swoją przyszłość związał z Sopotem.

- Jestem kapitanem Trefla, do którego trafiłem w 2009 roku, zatem to już mój siódmy sezon w tym klubie. Pochodzę z Gliwic, ale jestem sopocianinem z wyboru i nie mam zamiaru z tego miasta się wyprowadzać. Stąd pochodzi moja żona, mamy wspaniałego synka i chcemy zostać tutaj najdłużej, jak się da – zaznaczył.

 

TBL: W Zgorzelcu zgodnie z planem. Anwil rozgromił Turów


Małżonka koszykarza również była zawodowym sportowcem.

- Emilka Reimus za panny, a obecnie Emilka Stefańska, grała w siatkówkę. Miała większy talent ode mnie, ale była troszkę większym leniem. Ja mam troszkę mniejszy talent, ale więcej chęci i tak się połączyliśmy. Żona była reprezentantką Polski, zdobyła nawet brązowy medal podczas mistrzostw świata juniorek w Kanadzie, grała też w seniorkach – przypomniał.

Popularny "Stefan" zdaje sobie sprawę, że w powszechnej opinii nie uchodzi za koszykarskiego wirtuoza i uznawany jest raczej za człowieka od czarnej roboty i zadań specjalnych.

- Myślę, że ludzie mogą mnie postrzegać jako zawodnika, w którym więcej jest chęci, zaangażowania i walki niż talentu. Jakiś talent muszę jednak posiadać, bo samą ciężką pracą, która oczywiście jest ważna, nie doszedłbym do pewnego poziomu. Zatem jakiś potencjał i predyspozycje chyba jednak mam – ocenił z uśmiechem.

Od lat ma też jednak ogromne problemy z rzutami wolnymi i w tym elemencie zalicza się do najgorszych koszykarzy w ekstraklasie. W tym sezonie trafił zaledwie trzy z 16 takich prób, co daje skuteczność niespełna 19 procent. Dla porównania w poprzednim odnotował 25-procentową celność - 12 na 48.

- Nie obrażam się i nie denerwuję, kiedy ktoś wspomina o osobistych. Rzeczywiście, kiedyś lepiej je trafiałem. Ta ręka jest coraz bardzie wykręcona i może jest mi ciężej trafić? Moja skuteczność pozostawia wiele do życzenia, ale to nie jest tak, że nic nie robię w tym kierunku. Z każdym trenerem, który tutaj jest, staramy się pracować i wierzę, że ten procent będzie lepszy - tłumaczył.

Przyczyn swojej słabej skuteczności na linii rzutów wolnych doszukuje się w dziecinnych perypetiach i przygodach.

- Jak kiedyś wspominałem, za małolata miałem sześć razy rękę w gipsie. Była złamana w łokciu i ten uraz, już w wieku seniorskim, kiedy grałem we Francji, odnowił mi się. I z roku na rok ręka jest coraz mniej sprawna – oznajmił Stefański.

Koszykówka i rodzina to nie wszystkie sfery, w jakich realizuje się koszykarz. Jest także m.in. miejskim radnym

- Do startu w wyborach namówił mnie prezydent Jacek Karnowski i uważam to za bardzo dobry pomysł. Wiecznie w koszykówkę grać nie będę, ale przede wszystkim jestem człowiekiem, który lubi pomagać. Wszystkim ludziom, którzy do mnie przychodzą, staram się dać wskazówkę czy nawet załatwić z nimi różne sprawy, z którymi nie potrafią sobie poradzić. Cieszę się, że sprawuję taką funkcję – przyznał Stefański.

Działa w trzech komisjach rady miasta.

- Nie chciałem się wygłupiać i iść do komisji, o których nie mam pojęcia. Dlatego zostałem członkiem komisji sportu oraz oświaty. Ukończyłem w Gdańsku Akademię Wychowania Fizycznego i Sportu, z wykształcenia jestem trenerem koszykówki oraz nauczycielem wychowania fizycznego. Działam też w komisji bezpieczeństwa. Oczywiście nie chodzę po mieście i nie pilnuję osobiście porządku, ale staram się, aby status bezpieczeństwa w naszym mieście był zachowany – nadmienił.

Z jego inicjatywy prowadzone są w Sopocie zajęcia "Wielki Mały Mistrz", w których biorą udział przedszkolaki w wieku od trzech do sześciu lat.

- Na ten pomysł wpadłem obserwując swojego syna, który ma cztery lata. Widziałem bowiem, że potrzebuje on dużo ruchu. Zajęcia odbywają się dwa razy w tygodniu i najważniejsze, że dzieci fajnie się bawią. Dużo jest ćwiczeń ogólnorozwojowych, które mają przygotować dzieciaki do uprawiania różnych sportów, niekoniecznie koszykówki – zaznaczył.

Za sprawą 33-letniego koszykarza wiele osób, nie tylko koledzy z drużyny, co roku skacze z sopockiego molo do morza. W ten sposób zbierane są pieniądze na dzieci potrzebujące pomocy.

- Dwa lata temu skoczyło 78 osób, w tym wszyscy zawodnicy Trefla, natomiast w zeszłym roku w wodzie znalazło się nas 102. W tym gronie byli też grający w Hiszpanii Adam Waczyński, ale i Artur Siódmiak czy Ania Rogowska. Za każdą osobę, która skoczy, Kąpielisko Morskie Sopot płaci 50 złotych. Dwa lata temu skakaliśmy na rzecz Marysi, która zbierała pieniążki na operację serca, a w zeszłym roku dla dwóch chłopców z Sopotu. Fajna sprawa, bo ludziom można pomóc, dlatego chcę organizować ten skok co roku - zakończył Stefański.