Adrian Janiuk: Zdecydował się Pan wrócić do Polski po dwuipółletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych. Za Oceanem grał Pan w dwóch klubach, ale ani San Antonio Scorpions, ani Charlotte Independence nie występowały w MLS. Nie dostał Pan oferty z drużyny grającej w Major League Soccer?

 

Tomasz Zahorski: Po półrocznym pobycie w San Antonio Scorpions otrzymałem propozycję z Philadelphia Union, ale warunki, które przedstawili mi działacze klubu z Filadelfii odbiegały od tych, na które liczyłem. Chciałem spróbować swoich sił w MLS, ale po wstępnych negocjacjach nie przekonali mnie. Dobrze się czułem w San Antonio, dlatego postanowiłem, że w tamtym okresie nie będę nic zmieniał.

 

Polka z PSG: Wciąż czekam na spacer po Paryżu ze Zlatanem

 

Może to były trener Philadelphia Union Piotr Nowak polecił Pana temu klubowi?

 

Nie wiem tego, ale nie sądzę, że tak było. Kiedy pojawił się temat mojej gry w tym klubie trenerem Philadelphia Union nie był już obecny szkoleniowiec Lechii Gdańsk.

 

Początek Pana przygody w USA był bardzo udany, ale ostatecznie nie trafił Pan do ligi MLS. Pozostaje z tego powodu niedosyt?

 

Uważam, że mój cały półtoraroczny pobyt w San Antonio Scorpions był bardzo udany. Wskazują na to statystyki, bo w 33 meczach strzeliłem 15 goli. W drugim roku zdobyliśmy mistrzostwo ligi, także ten czas był pozytywny. Tytuł mistrzowski i mój indywidualny dorobek jest najlepszym tego potwierdzeniem. Wiem, że liga MLS była w moim zasięgu, ale już raczej nie będzie mi dane w niej zagrać. Chociaż z drugiej strony, nigdy nie mów nigdy.

 

Nie korciło Pana, żeby zostać w USA na kolejny rok?

 

Zarówno ja, jak i moja rodzina bardzo chwalimy sobie życie w Stanach. Mieszaliśmy tam ponad dwa lata i przyznam, że gdybym raz jeszcze miał podjąć decyzję o wyjeździe to nie wahałbym się nawet przez chwilę. Mieszkaliśmy w dwóch pięknych miastach (San Antonio i Charlotte przyp.red.), poznaliśmy ciekawych ludzi. Zwiedziliśmy wiele wyjątkowych miejsc, ale nadszedł czas powrotu. Stwierdziliśmy z małżonką, że to idealny moment, aby zakończyć amerykańską przygodę.

 

Związał się Pan półrocznym kontraktem z GKS-em Katowice. Jaki cel stawia Pan przed sobą?

 

Chcę jak najlepiej przygotować się do rundy rewanżowej, żeby dać sztabowi szkoleniowemu GieKSy argumenty do tego, że zasługuję na grę w podstawowym składzie. Liczę, że okres przygotowawczy przepracuję od A do Z i żadne urazy nie będą się mnie czepiać. Jeśli zdrowie dopisze to jestem pewien, że będę mógł pomóc mojej nowej drużynie.

 

Efektownie i z dystansem: Runda jesienna 1 ligi w trzy minuty! (WIDEO)

 

Kto namawiał Pana na przejście do GKS-u Katowice? Był to trener Jerzy Brzęczek, z którym zna się Pan jeszcze zza czasów gry w Górnika Zabrze?

 

Myślę, że na mój transfer wpływ miało kilka osób. Członkowie sztabu szkoleniowego, jak i również działacze oraz oczywiście, a może nawet przede wszystkim trener Brzęczek. Znamy się od ładnych paru lat, więc szkoleniowiec zna moje walory i wie na co mnie stać.

 

Jak Pan się zwraca do trenera Brzęczka? Per Pan czy pozostał Pan ze szkoleniowcem w bliskiej zażyłości?

 

Znaleźliśmy się w takim położeniu, że podział ról i obowiązków obliguje mnie to zwracania się do trenera Brzęczka per Pan, tak jak reszta zawodników. Nie ma mowy, żebyśmy podczas pracy na linii piłkarz – trener spoufalali się. Trener zna się również z innymi zawodnikami mniej lub bardziej i nie słyszałem, żeby któryś z kolegów mówił inaczej niż „trenerze” czy „Panie trenerze”. Hierarchia musi być.

 

W sezonie 2009/10 występował Pan na pierwszoligowych boiskach w barwach Górnika Zabrze. Co, prawda tylko przez pół roku, ale czuł się Pan jak ryba w wodzie. W 14 meczach aż ośmiokrotnie wpisał się Pan na listę strzelców mimo, że był to powrót po długiej kontuzji. Nieźle jak na rekonwalescenta.

 

Wówczas mój powrót dla wielu był wielką niewiadomą, bo miałem zerwane więzadła krzyżowe. Górnik walczył wtedy o awans, mieliśmy bardzo mocną drużynę jak na pierwszoligowe realia, więc może trochę łatwiej było mi się odnaleźć w nowej sytuacji. Chciałbym, aby w przypadku GKS-u było tak samo. Wierzę, że będę w stanie zdobywać bramki seryjnie. Nie chcę jednak składać żadnych deklaracji, żeby potem nie wyszło, że rzucam słowa na wiatr. Dołożę wszelkich starań, żeby mój dorobek na pierwszoligowych boiskach zza czasów gry w Górniku został pobity. Żeby tego dokonać muszę być przede wszystkim dobrze przygotowany pod względem fizycznym. Jest jeszcze trochę czasu do startu ligi, więc będę mógł się optymalnie przygotować.

 

Stomil Olsztyn uratowany! Jest finansowe wsparcie 

 

Awans do Ekstraklasy jest realny już tym sezonie?

 

Są na to szanse, bo tabela jest bardzo spłaszczona. Do lidera tracimy dziesięć punktów, więc nawet trzy mecze, gdyby szczęście się do nas uśmiechnęło mogą sporo zmienić. Jednak musimy zachować czujność, bo nawet drużyna trzecia od końca ma do nas zaledwie sześć „oczek” straty. To pokazuje, że poziom jest bardzo wyrównany i na zapleczu Ekstraklasy gra się ciężko. Kluczowe będą pierwsze kolejki nawet z powodów psychologicznych. Rundę rewanżową chcemy zacząć od mocnego uderzenia, który da nam kopa. Mamy do tego dobrą okazję, bo w pierwszym meczu zagramy u siebie z wiceliderem. Jeżeli wygramy z Arką Gdynia to zmniejszymy stratę do czołówki.

 

Pochodzi Pan z okolic Olsztyna. Stomil wyrażał zainteresowanie?

 

Ze Stomilem negocjowałem od końca listopada. Zarówno władze, jak i ja czekaliśmy na finalne decyzje dotyczące dalszego funkcjonowania klubu. Sytuacja, w której znajduje się Stomil nie pozostawiła złudzeń dla nas wszystkich. Musiałem zacząć szukać innego klubu, choć Stomil był moim pierwszym wyborem, ponieważ jest to dla mnie szczególny klub. Mimo tak trudnej sytuacji piłkarzom z Olsztyna należą się ogromne słowa za to co osiągnęli na półmetku sezonu.