Maciej Turski: Panie Leszku, co takiego wydarzyło się w walce wieczoru Zimnoch – Mollo?

 

Leszek Jankowiak: Przede wszystkim jeden z zawodników przegrał walkę. Jeśli chodzi o sytuację, po której Mike Mollo zadał cios to moja interpretacja tej sytuacji jest następująca. Obaj zawodnicy w szatni przed walką dostali ode mnie jednakowe instrukcje czyli na komendę „break” pięściarze z podniesionymi rękoma rozdzielają się. Natomiast w tym przypadku wszystko trwało ułamki sekund. Mollo kontynuował walkę w momencie, kiedy miałem zamiar ją zatrzymać. Z kolei Zimnoch również kontynuował swoją akcję. W zasadzie żaden z bokserów nie zareagował na moją komendę. Obaj byli w trakcie walki, dlatego nie można powiedzieć, że Polak po mojej komendzie opuścił ręce i został uderzony.

 

Zimnoch: Trener powiedział, że Mollo trafił mnie po komendzie

 

Co mówią na ten temat przepisy? Wszystko mieściło się w ich ramach czy któryś z zawodników je przekroczył?

 

Ciężko jest rozstrzygnąć tę kwestię w mojej własnej sprawie. Gdybym obserwował to z boku, bez żadnych emocji wówczas byłoby mi łatwiej odpowiedzieć na to pytanie. Takie sytuacje w boksie zdarzają się notorycznie. Niemalże w każdej walce przynajmniej raz się zdarza taka sytuacja. Mają one mniejsze, bądź większe konsekwencje.

 

Ostatni cios kończący walkę został zadany przez Mike Mollo przedramieniem. To z kolei jest druga z kontrowersji w tym pojedynku.

 

Akurat ten cios nie był decydujący. To, że Krzysztof Zimnoch przewrócił się po drugim ciosie zadanym przedramieniem to była konsekwencja tego, co się wydarzyło wcześniej. Był jak to się mówi po bokserku „naruszony”. To nie miało żadnego wpływu na przebieg, dlatego moim zdaniem nie jest to żadna kontrowersja.

 

KLIKNIJ I POLUB POLSATSPORT.PL NA FACEBOOKU!