- Praca trenera musi łączyć się z pasją, ale i z wyrzeczeniami. Przez 30 lat nie byłem praktycznie na żadnym weselu w rodzinie, bo przecież w soboty są mecze - mówił w jednym z ostatnich wywiadów.

Bo dla Zenona Łakomego piłka ręczna była najważniejsza. Z traumą po kontuzji, która zakończyła jego karierę poradził sobie rzucając się w wir pracy trenerskiej. Gdy powoli rozstawał się z ławką trenerską chętnie wcielał się w rolę eksperta i komentatora telewizyjnego. Do tej ostatniej roli zawsze nienagannie przygotowany, ogromną wiedzą o piłce ręcznej dzielił się chętnie i umiejętnie. Słuchając go, można było odnieść wrażenie, że szczypiorniakiem pasjonował się od kołyski. Tak naprawdę do piłki ręcznej trafił w wieku lat kilkunastu. I dosyć przypadkowo...

Od nożnej do ręcznej, z bramki na skrzydło

Młody Zenek chciał grać w piłkę, ale nożną. Chodził na treningi Chrobrego. Zmianę dyscypliny zasugerował mu dyrektor Technikum Mechanicznego w Głogowie. Łakomy przekwalifikował się więc na bramkarza piłki ręcznej, a po kolejnych dwóch latach na lewoskrzydłowego. Niezłego lewoskrzydłowego. Grał w reprezentacji juniorskiej, młodzieżowej, a potem do mocnej wówczas Stali Mielec zaczęły przychodzić powołania do pierwszej reprezentacji Polski.

Występów w drużynie narodowej uzbierało się 25. Byłoby więcej gdyby nie kontuzja, przez którą musiał zakończyć karierę. - Dobrze, że byłem już po AWF i mogłem podjąć pracę jako trener - wspominał w wywiadzie dla "Tygodnika Lokalnego Gostyń 24". - Bo nie wiem, jak bym poradził sobie w sytuacji, w której musiałbym zerwać z ukochaną dyscypliną, której poświęcałem całe życie.

Twórca szczecińskiej potęgi

Szybko okazało się, że stojąc obok boiska radzi sobie nie gorzej niż biegając po nim. Kiedy w środę dowiedzieliśmy się o jego śmierci, w nagłówkach wielu wiadomości pojawiło się określenie "twórca potęgi szczecińskiej piłki ręcznej". Określenie, na które zasłużył. Kobiecy zespół Pogoni najpierw wprowadził do pierwszej ligi, a w 1983 roku zdobył pierwsze w historii klubu mistrzostwo Polski. Historyczny wyczyn stał się też jego udziałem dwa lata później. W 1985 roku prowadził równolegle żeński i męski zespół Portowców. Z tym drugim sięgnął po Puchar Polski.

Potencjał młodego szkoleniowca dostrzegli działacze związku i w 1986 roku zaproponowali Łakomemu prowadzenie męskiej reprezentacji Polski. Najpierw z Michałem Kaniowskim, później już samodzielnie. To był trudny moment. Ze sceny schodziło pokolenie medalistów mistrzostw świata z 1982 roku rozczarowanych dodatkowo bojkotem igrzysk w Los Angeles. W turnieju olimpijskim w Seulu Polaków zabrakło, kolejne dwa mundiale kończyli poza pierwszą dziesiątką.

Dekada w Niemczech i powrót do Polski

W 1990 roku Zenon Łakomy postanawia wyjechać do Niemiec. Na rok, dwa. Zostaje tam całą dekadę. To z tego okresu wzięła się jego fascynacja Bundesligą. Kiedy na przełomie tysiącleci wrócił do Polski przywiózł ze sobą dogłębną wiedzę o niemieckiej piłce ręcznej i prenumeratę branżowego "Handballwoche". O szczypiorniaku u naszych zachodnich sąsiadów mógł opowiadać godzinami. Także podczas styczniowych mistrzostw Europy, kiedy z radością obserwował narodziny nowej wielkiej niemieckiej reprezentacji.

Najbardziej jednak zależało mu oczywiście na rozwoju rodzimej piłki ręcznej. W 2006 roku objął żeńską reprezentację Polski. Dobierając sobie współpracowników stawiał na młodość. Choćby Grzegorza Gościńskiego, który został jego asystentem. Bo Łakomy lubił i potrafił współpracować z młodymi. Jedenaste miejsce w mistrzostwach świata w 2007 roku oceniano w Polsce różnie. Sam Łakomy miał mieszane odczucia, ale jednego odebrać mu nie można. Jak już mówiliśmy: miał odwagę stawiać na młodzież. - Cieszę się, że pokazałem światu wielkie talenty. Myślę tu o Klaudii Pielesz i najmłodszej uczestniczce mistrzostw 18-letniej Kindze Byzdrze - mówił zaraz po mundialu we Francji.

Portugalski koszmar

Snuł wtedy ambitne plany na przyszłość, miał wizję drużyny narodowej za kolejnych kilka lat. Ale nie miał okazji jej zrealizować. Rok później nie był już selekcjonerem. Wszystko przez najbardziej bolesną porażkę w całej karierze.

W eliminacjach mistrzostw Europy 2008 roku Polki grały z dużo niżej notowaną  Portugalią. Mecz w Elblągu Biało-czerwone zgodnie z planem wygrały wysoko 37:28. Rewanż w Villa Nova de Gaia miał być formalnością - okazał się katastrofą. Ekipa trenera Łakomego z Kudłacz, Niedzwiedź, Malczewską, Polenz, Majerek w składzie przegrała 24:35! To był początek wielkiej smuty w kobiecym szczypiorniaku (przez sześć lat Polki nie grały w żadnej dużej imprezie) i zarazem koniec poważnej kariery szkoleniowej Zenona Łakomego. Później były już tylko trenerskie epizody w Głogowie, Kaliszu i w Chorzowie, gdzie w sezonie 2012/2013 jako trener Ruchu ostatni raz prowadził drużynę w Superlidze.

Specjalista od sprawności specjalnej

Jego wkładu w polską myśl szkoleniową nie można zbyć wzruszeniem ramion. Był uznanym specjalistą o czegoś, co nazywa się treningiem sprawności specjalnej. Organizował otwarte treningi, nagrywał instruktażowe filmy, w których tłumaczył, jak prowadzić treningi sprawnościowe ukierunkowane na piłkę ręczną. Właściwie każde ćwiczenie miało jednocześnie poprawiać ogólną sprawność sportowca, jak i wyposażać go w umiejętności przydatne na boisku do szczypiorniaka.


Jako członek Rady Trenerów ZPRP swoim doświadczeniem dzielił się z czołowymi polskimi szkoleniowcami, ale na kurs dla nauczycieli gdzieś w okręgowym związku piłki ręcznej też nie trzeba było go dwa razy namawiać.


Od Kataru do Krakowa. Był tam, gdzie grali

Bo Zenon Łakomy kochał piłkę ręczną. W handball grała jego żona, w plażową odmianę szczypiorniaka - córka. Podczas styczniowego Euro można go było spotkać i w Krakowie, i w Warszawie, gdzie pojawiał się w studiu Polsatu Sport. W grudniu był we Wrocławiu na Christmas Cup. Nie musiał tam być, chciał. Chciał oglądać mecze, spotykać się z ludźmi, rozmawiać. Rok wcześniej nie wahał się ani chwili, czy jechać na mistrzostwa świata do Kataru. Miał bowiem mnóstwo zapału, pasji.

 

Gdy pod koniec stycznia pojawiał się u nas w Polsacie był uśmiechnięty, energiczny, uprzejmie i serdecznie witał się ze wszystkimi charakterystycznym gestem, w którym ujmował dłoń rozmówcy w obie dłonie. Była w tym geście i jego sympatia do ludzi, i mnóstwo takiej pozytywnej energii. A było to przecież zaledwie miesiąc temu...