Wiadomo było, że mimo nierówności dyspozycji Cuprum Lubin to groźny rywal, co udowodnił już na początku sobotniego meczu. Widać było, że w tym pojedynku wpadaliście w kryzys, by chwilę później z niego wyjść, a następnie znów w nim się znaleźć. Co to mówi o mistrzach Polski w drugiej części rundy zasadniczej? Że nie radzą sobie z mocną ofensywą rywala i presją wyniku?

Fabian Drzyzga: Ameryki nie odkryję, jeśli powiem, że w tym sezonie mamy problemy od jego samego początku. Niby idzie nam całkiem nieźle, mamy nie najgorsze wyniki, ale czasem zastanawiamy się, czy nie złapaliśmy punktów na wyrost, ponieważ nasza dyspozycja nie wygląda tak, jak tego byśmy chcieli. W meczu z lubinianami mieliśmy swoje problemy i kryzysy, lecz mimo wszystko nie wydaje mi się, aby to było bardzo słabe spotkanie w naszym wykonaniu. Nie zmienia to faktu, że niedociągnięcia miały miejsce szczególnie w sytuacjach, w których na pierwszy plan wychodziło ogranie, pewność siebie, czy piłki przechodzące, w których podejmowaliśmy złe decyzje. To są drobiazgi, ale my nimi przegrywamy większość końcówek i tym razem stało się tak samo.

Czy powiedziałby pan, że mecz z lubinianami przegraliście głównie przez wasze niedociągnięcia, czy więcej było w tym wpływu skuteczniejszego ataku rywali? Statystycznie ustąpiliście im niemalże wyłącznie ofensywą.

Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że dziś różnicę na korzyść gospodarzy zrobili Robert Taht oraz Łukasz Kaczmarek, którzy zagrali świetne zawody. Dostawali dużo piłek, kończyli ważne i trudne zbicia, kiedy my, mając na początku i końcu seta istotne zagrania przed sobą, nie potrafiliśmy doprowadzić ich do szczęśliwego końca. Moim zdaniem to najbardziej oddzieliło od siebie oba teamy pod względem dyspozycji.

Czy większa złość pojawia się w momencie, kiedy teoretycznie słabszy zespół drugi raz w sezonie pokonuje was jako mistrzów Polski, ponieważ to oznacza, że ma na was receptę, czy też pierwszą porażkę trawi się gorzej, ale ona uodparnia?

Jak widać w tym sezonie dużo zespołów ma na nas receptę… Cuprum po prosto zagrało lepiej, a fakt, że wygrali z nami drugi raz nie jest dla mnie powodem do większej złości, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że lubinianie to nie są zawodnicy anonimowi. Część z nich prezentuje poziom światowy, a reszta to bardzo dobrzy siatkarze ligowi, więc stanowią zespół poukładany i świetnie prowadzony przez trenera Gheorghe Cretu. Brawa dla niego, że potrafi trzymać to wszystko w ryzach i wykorzystać każdego podopiecznego na „maksa”.

Póki walczycie to wasza mentalność mistrzów Polski ciągle pozostaje zachowana, czy ona już gdzieś wam uciekła po drodze stworzonej w pewnej mierze z porażek?

Prawda jest taka, że zespół Resovii jest drużyną nową w kontekście poprzedniego sezonu, a ostatnio wychodzimy na boisko szóstką, która za wiele co do mistrzostwa nie miała, więc musimy dbać o mentalność. Powinna się ona opierać przede wszystkim o siłę psychiczną polegającą na byciu „walczakiem”, którą trzeba sobie wyrobić. Nie chcę powiedzieć, że już może być na to za późno, bowiem sezon posunięty jest już bliżej niż dalej swojego końca, lecz ciągle będziemy próbować. Nie zmienia to faktu, że musimy zapomnieć o tym, co było i skupić się na tym, by pisać nową historię. Choć na razie nie idzie nam to najlepiej, to zdajemy sobie sprawę z tego, że jeszcze nic poza Pucharem Polski nie przegraliśmy, więc zachowujemy szansę na wszystko, co jest jeszcze przed nami.

W nie tak odległym meczu z ZAKSĄ swoimi błędami własnymi oddaliście rywalom niemalże półtora seta. W spotkaniu z Cuprum procent pomyłek był sporo niższy. Czy taki progres w ciągu dwóch dni jest powodem do wyciągnięcia jakiegokolwiek pozytywnego czynnika z ciągle dotkliwej porażki 0:3?

Po spotkaniu z kędzierzynianami od razu mieliśmy analizę, a następnie pojechaliśmy do Lubina, co złożyło się na jeden pełny dzień poświęcony na trening i zastanowienie się nad swoimi pomyłkami. Na pewno to poprawiło naszą dyspozycję, ale wiadomo jest, że jedna analiza ameryki nie odkryje. Według mnie mecz z Cuprum był w naszym wykonaniu o wiele lepszym bojem niż ten z ZAKSĄ, ponieważ, tak jak wspomniałaś, nie popełniliśmy aż tak dużej liczby błędów własnych, z którymi przecież się nie da grać. Zdajemy sobie sprawę z tego, że piłkę trzeba szanować, a ryzyko podejmować we właściwym momencie, o czym my często w tym sezonie nie pamiętamy.

Ostatnio coraz głośniejszy ze strony komentujących jest zarzut, że to zła komunikacja na linii rozgrywający-ofensywa jest bezpośrednią przyczyną waszych porażek. Jak by się pan ustosunkował do takiego dyskursu?

Takim osobom poradziłbym analizę aktualnie trwającego i poprzedniego sezonu pod względem tego, jak wychodziliśmy na mecze, i w jakim ustawieniu schodziliśmy z parkietu.

Po kryzysie z pierwszej części rundy zasadniczej zapowiadaliście późniejszy szczyt formy, jednak patrząc na waszą ciągle falującą grę, kusi zapytać ile takich szczytów jeszcze zaplanowaliście w trwającym sezonie…

Oj, to trudne i trafione pytanie. Może nie powinienem tak mówić, ale my musimy po prostu znaleźć szóstkę, czy siódemkę, która będzie rozpoczynała większość meczów, a zważywszy na ich liczbę, to zapewne wszystkie do końca. To właśnie ci zawodnicy powinni cieszyć się zaufaniem.

Przed wami kolejne spotkanie z AZS-em Politechniką, czyli rywalem teoretycznie słabszym, ale takim, który ostrzył już sobie na was zęby, gdyż pierwszy mecz skończył się w tie-breaku. Jest to oponent dobry na przełamanie, bowiem ciągle groźny, choć jednocześnie nie spisujący się w przekroju sezonu tak, jakby sobie tego życzył?

To stwierdzę po meczu. (śmiech) Przegraliśmy z warszawianami u siebie, więc tym większa jest u nas chęć rewanżu, szczególnie, że wiemy, o co gramy – o wejście do finału rozgrywek. Liga gra nieco pod nas, więc musimy to w końcu wykorzystać i zdobywać punkty z tymi teoretycznie słabszymi przeciwnikami.

Żartobliwie kończąc, chciałam się zapytać o to, czy mimo wszystko nie ma w was lęku, że złota reguła lubi się powtarzać – dwa razy pokonała was ZAKSA, dwa razy Cuprum, to czy teraz kolej na AZS?

– Powiem tak – proszę wypluć te słowa! (śmiech) Tak na serio, to mam nadzieję, że ta reguła w naszym przypadku się nie sprawdzi. Musimy po prostu wyjść na boisko w tym meczu jak prawdziwi faceci, pokazać jaja, zagrać jak najlepiej potrafimy i tyle. Tak, jak zawsze mówiłem, to jest sport i z każdym można przegrać, więc w tym nie powinno być problemu, lecz na boisko trzeba wyjść i walczyć. W boju z Cuprum była walka, przegraliśmy, ale grając na styku, więc nie robimy z tego tragedii.