Holly Holm, była mistrzyni kickboxingu i zawodowego boksu przeszła do historii nokautując w listopadzie ubiegłego roku Rondę Rousey podczas gali UFC 193 w Australii, odbierając jej przy tym pas mistrzyni wagi koguciej. Dziewczyna z Albuquerque dokonała wtedy niemalże sportowego cudu. Nie brakowało przecież takich, którzy twierdzili, że Ronda jest nieśmiertelna i żadna żyjąca kobieta nie jest w stanie jej pokonać.

 

Tym razem sprawczynią sensacji była Miesha Tate, wcześniej dwukrotnie rozbita przez Rousey. Z Holm też przegrywała wyraźnie na punkty, choć w drugiej rundzie miała swoją szansę, ale jej nie wykorzystała. Takie jak Tate, mocne w parterze, są groźne do końca. Holm świetnie radzi sobie w stójce, potrafi znakomicie wykorzystać odwrotną pozycję, skontrować, zaskoczyć mocnym, precyzyjnym kopnięciem. Rondę Rousey znokautowała przecież w taki właśnie sposób. Tym razem chyba też chciała pokazać, że jest wielką mistrzynią i nie zadowola się punktową wygraną. Zaatakowała i Tate  to wykorzystała. A później duszeniem zza pleców pozbawiła mistrzynię przytomności. Teraz ona jest w posiadaniu pasa UFC, który jeszcze nie tak dawno należał do Rousey, największej gwiazdy mieszanych sztuk walki.

 

Irlandczyk Mc Gregor chyba też był przekonany o swojej sportowej nieśmiertelności decydując się na walkę w wadze półśredniej (limit 77 kg). Widać uznał, że przeskok o dwie kategorii wcale nie musi być ryzykowny. Gaża w wysokości miliona dolarów w takich sytuacjach też chyba zadziałała znieczulająco.  Ale Nate Diaz uświadomił mu jednak szybko i boleśnie, że to jednak trochę inny świat. Rywale są więksi, silniejsi, trudniej ich znokautować.

 

McGregor, mistrz wagi piórkowej, współczesna lokomotywa UFC, cięższy w Las Vegas o 10 kg czuł się widać na tyle mocny, że nie uwzględniał tych zagrożeń. W stójce jest przecież rewelacyjny, do tego efektownie i skutecznie kopie, więc najczęściej parter nie jest mu już do niczego potrzebny. Jego niezachwiana pewność siebie i pycha, tym razem mu nie pomogła.

 

Diaz miał tylko dziesięć dni na przygotowania, ale szybko podjął decyzję. Pół miliona dolarów, to w tej branży duże pieniądze, więc skorzystał z okazji. Początek był dla niego trudny: McGregor kilka razy trafił, Diaz mocno krwawił z rozbitego łuku brwiowego i sprawiał wrażenie, że te problemy, to dopiero początek prawdziwych kłopotów.

 

Ale szybko też pokazał, że umie zadawać ciosy. Wysoki (183 cm) mańkut z  Kalifornii  zaczął prawym prostym, poprawił lewym krzyżowym w skroń i McGregor wyraźnie się zachwiał. Diaz tylko czekał na taki sygnał i już nie wypuścił okazji z rąk. Obalił zamroczonego rywala, później zapiął duszenie zza pleców i nie puścił. McGregor odklepał i było po wszystkim.

 

Dwójka mistrzów uduszona na jednej, historycznej już gali UFC 196, to jest coś. Chyba szybko takiej nie będzie.