Pierwsze dwa sety padłu łupem mistrzów Europy, którzy byli faworytem nie tylko tego meczu, ale i całych rozgrywek. Ostatni mecz o stawkę Rosjanie przegrali w listopadzie ubiegłego roku, także trochę czasu już minęło. Tym razem jednak Wilfredo Leon i spółka napotkali opór w postaci bardzo zmotywowanych siatkarzy PGE Skry Bełchatów.

 

Dla wszystkich faworytem numer jeden był Zenit Kazań. Wskazywali na to fachowcy, kibice, praktycznie wszyscy. Na początku tak to właśnie wyglądało - pierwsze dwa sety to dominacja Rosjan, prowadzili zdecydowanie, grali swobodnie i skutecznie, a zagrywki Andersona i Leona demolowały naszą drużynę. Czasami trzeba być jednym cierpliwym, wierzyć w to, że siatkówka uwielbia niespodzianki! Tak też było tym razem.

 

Co oznacza taki wynik? PGE Skra Bełchatów i tak musi wygrać rewanżowe spotkanie, by być pewna awansu do Final Four Ligi Mistrzów. Istnieje jeszcze drugi scenariusz - Zenit wygrywa po tie-breaku i wtedy o promocji zdecyduje, tzw. "złoty set".

Nasi siatkarze odwrócili sytuację, trochę uśpili czujność rywala. Grali bardzo niewygodnie dla Rosjan: dobrze rozgrywali i skutecznie atakowali. To był klucz do zwycięstwa. Każdy punkt na boisku rywala to ogromna zaliczka. Zwycięstwo jest super zaliczką, u siebie trzeba wygrać, by Polska miała dwóch przedstawicieli w Final Four. Wiara w wygraną będzie towarzyszyła Skrze w rewanżu.

 

Cała rozmowa w załączonym materiale wideo.