Kazimierz Górski, legendarny trener polskich piłkarzy, powiedział przed laty, że gdyby o wynikach miały decydować tylko pieniądze, to mistrzem świata byłby Katar. Na szczęście tak nie jest, choć bez wątpienia możliwości finansowe odgrywają dużą rolę. I tak jest w przypadku drużyny z Kazania. Wystarczy spojrzeć kto tam gra. Wilfredo Leon uważany za najlepszego siatkarza świata zarabia w stolicy Tatarstanu ponoć trzy razy tyle, co Mariusz Wlazły w Skrze. Kolejne, mega gwiazdy, Amerykanin Matt Anderson i atakujący reprezentacji Rosji Maksym Michajłow, niewiele mniej. Budżet tego zespołu jest kosmiczny, trener-cudotwórca Władimir Alekno może mieć kogo zechce.

 

I z tą drużyną wygrywa Skra w walce o finał Ligi Mistrzów. Wygrywa na terenie rywala, przegrywając 0:2 w setach i 13:16 w trzecim. Czy to przypadek, a może cud? Nie, to jest sport, a Skra to zespół wielkich możliwości. Też ma w składzie znakomitych siatkarzy na czele z Wlazłym, Facundo Conte i Nicolasem Uriarte. W tym meczu Skra pokazała charakter i wiarę w zwycięstwo nawet wtedy, gdy wydawało się mało możliwe. Świetnie zagrali środkowi, Serb Srećko Lisinać i Karol Kłos. Ten pierwszy zdobył 16 pkt, drugi 9 pkt. Byli bardzo skuteczni w ataku, dobrze blokowali, utrudniali życie przeciwnikowi serwisem, szczególnie Kłos swoim kąśliwym flotem. Ale oczywiście, nie byliby w ataku tak groźni, gdyby zabrakło dobrego przyjęcia i świetnego rozegrania. Te elementy w dużej mierze zadecydowały o obrazie tego pojedynku.

 

Pamiętam jak wiele lat temu, przedwcześnie zmarły nasz znakomity pingpongista, Andrzej Grubba, tłumaczył mi w czym lepszy od niego jest Szwed Jan Ove Waldner, uważany za geniusza tej dyscypliny. - Kiedy jest 20:20 (wtedy rozgrywano długie sety) i kilka kolejnych akcji decyduje o sukcesie lub porażce nie zawsze potrafię zagrać tak, jak potrafię. A on właśnie wtedy jest niesamowity, tak jakby miał wycięty układ nerwowy. Niszczy przeciwnika po drugiej stronie stołu swoimi kosmicznymi piłkami w najtrudniejszych dla psychiki zawodnika chwilach - opowiadał Grubba. Przypomniałem sobie o tym w końcówce tie breaka rozgrywanego w Kazaniu. Przy stanie 15:15 w polu serwisowym stanął Mariusz Wlazły, który do tej pory nie zdobył nawet jednego punktu zagrywką. Ale kiedy było to najbardziej potrzebne huknął jak z armaty i Skra wyszła na prowadzenie mając meczbola.

 

I znów chwila wspomnień, rozmowa z Raulem Lozano, gdzieś daleko, poza granicami kraju. Argentyński trener naszej reprezentacji tłumaczył małej grupce polskich dziennikarzy na czym polega prawdziwa wielkość Wlazłego. – Zgoda, on jest fantastycznym atakującym, ale kto wie czy nie większą wartością jest jego serwis. W sytuacji kiedy najlepsze drużyny grają punkt za punkt, o wygranej często decyduje ktoś taki jak on. Stanie w polu zagrywki i pośle asa, albo utrudni przyjęcie tak bardzo, że zdobycie szalenie ważnego punktu jest już formalnością - opowiadał.

 

I tak właśnie zachował się Mariusz Wlazły wiele lat po tej rozmowie. Oczywiście w rewanżu wszystko jest możliwe, bo Zenit to zespół mega gwiazd, które są zdolne rozstrzygnąć tę rywalizację na swoją korzyść, bez względu na wynik w Kazaniu. Wystarczy spojrzeć wstecz i przypomnieć ważne zwycięstwa tego zespołu w konfrontacji ze Skrą. Ale nie ulega wątpliwości, że teraz mają powody do obaw. Wiedzą przecież, co potrafi polska publiczność, wiedzą, że to ona będzie dodatkowym zawodnikiem, który jest w stanie pomóc Skrze awansować do Final Four Ligi Mistrzów, który w połowie kwietnia zostanie rozegrany w Krakowie.

 

I wysokość ich klubowego budżetu tego nie zrekompensuje.