Kto śledzi światowe media na co dzień, ten wie o co chodzi. Turniej, który miał być jednym z najpiękniejszych w historii futbolu, ugina się teraz pod jarzmem terrorystycznego niebezpieczeństwa i działacze UEFA wytężają umysły jak zminimalizować ryzyko wystawienia kibiców na cel ekstremistów Państwa Islamskiego. Nie jest to proste, bo pamięć o ofiarach niedawnych zamachów z Paryża i Brukseli, każe każdemu trzeźwemu umysłowi myśleć poważnie o wszystkich możliwych wariantach rozwoju wypadków w czasie trwania Euro.

 

Z drugiej strony, Europa i to nie tylko ta piłkarska, zdaje się nie mieć szans odwrotu od normalnego „pokojowego”, przeprowadzenia nie tylko samych 51 meczów Euro, ale i nie zaniechania wieloletnich planów dotyczących organizacji wielotysięcznych stref kibica w największych miastach Starego Kontynentu. W tym wypadu przymiotnik „stary”, który przez wieki był synonimem klasycznej doskonałości, może być po raz ostatni użyty w tym znaczeniu. Paradoksalnie, jeśli francuskie Euro stanie się polem krwawej walki islamistów z cywilizacją Zachodu, rozpęta się piekło na niespotykaną dotąd skalę, a wszystkie polityczne skutki ewentualnych krwawych wydarzeń dookoła turnieju aż trudno sobie dzisiaj wyobrazić.

 

Dlatego, kiedy słyszę dzisiaj o poważnych dyskusjach w UEFA o tym, aby mecze turnieju rozgrywać przy pustych trybunach (z tego powodu opóźniono o miesiąc dystrybucję biletów) i przenosić je, w razie konieczności, a vista do innych miast, to tak jakbym ujrzał na szczycie Wieży Eiffla białą flagę powieszoną przez wszystkie narody Europy. I wierze, że do takiego kroku nigdy nie dojdzie, bo to byłby faktyczny koniec Zachodu i demokracji. Chcąc nie chcąc, futbol znalazł się na froncie starcia kultur i politycznych filozofii, i każdy, kto wybiera się latem do Francji, musi być tego świadomy. Co oczywiście nie znaczy, że nie warto tam jechać. Warto, a może nawet trzeba.