Rywali dla Gołowkina nie widać, ani w wadze średniej, ani w superśredniej. Mało prawdopodobne, by Saul „Canelo” Alvarez, mistrz WBC podjął ryzyko, oczywiście przy założeniu, że 7 maja pokona w Las Vegas Amira Khana. „Canelo” to dla Oscara De La Hoyi sztandarowy produkt jego firmy promotorskiej, więc należy się raczej liczyć z postawieniem takich warunków w trakcie negocjacji, które będą nie do przyjęcia dla obozu Gołowkina. 

 

Gotów do takiej walki byłby Billy Joe Saunders, posiadacz pasa WBO, ale chciałby walczyć na Wyspach Brytyjskich. Ale czy miałby jakieś szanse na wygraną z Kazachem? Nie sądzę, to nie ta klasa. Zapewne wytrzymałby kilka rund więcej niż ostatni rywal Żeni, Dominic Wade, ale zostałby wyliczony wcześniej czy później. Jest jeszcze Daniel Jacobs, mistrz WBA, szybki, celnie bijący, ale on też zostałby rozbity przez Gołowkina. Może więc należy zacząć szukać rywali dla „GGG” w wyższej kategorii?

 

Mamy tu Anglika Jamesa DeGale’a (IBF), jest pogromca Arthura Abrahama, Meksykanin Gilberto Ramirez - nowy mistrz WBO czy Badou Jack (czempion WBC), choć wydaje mi się, że ten ostatni, podobnie jak Felix Sturm (WBA) raczej nie wchodziłby w rachubę. Bardziej już dawni znajomi z amatorskich czasów, Amerykanin Andre Dirrell czy Irlandczyk Andy Lee. Tego pierwszego Gołowkin pokonał w półfinale olimpijskiego turnieju w Atenach (2004), drugiego rok wcześniej podczas mistrzostw świata w Bangkoku, które zresztą wygrał.

 

Amerykanin swój ostatni pojedynek stoczył w maju ubiegłego roku, przegrywając nieznacznie walkę o wakujący pas IBF z DeGale’em. A I Lee w grudniu uległ (dwa do remisu) Saundersowi tracąc pas WBO.

 

Jest jeszcze jeden kandydat do walki z Gołowkinem: Erislandy Lara, mistrz WBA kategorii junior średniej. Kubańczyk gotów jest na walkę w limicie wagi średniej, ale coś mi się zdaje, że do takiego starcia nie dojdzie. A szkoda, bo to mógłby być naprawdę interesujący pojedynek. Lara jest znakomitym defensorem, umiejętnie wykorzystuje swoją odwrotną pozycję, przez co jest bardzo trudny do trafienia.

 

Na razie poczekajmy jednak, co po 7 maja zrobi Alvarez. Jeśli Meksykanin podejmie ryzyko i zgodzi się na wojnę z „GGG”, będzie naprawdę ciekawie, bo takie walki, jak ta ostatnia z Dominikiem Wade’em nie mają większego sensu. Niestety to poważny problem Gołowkina, który nie ma godnych siebie rywali. Kazach chce zunifikować wszystkie pasy w wadze średniej i pobić rekord obron (20) należący do Bernarda Hopkinsa. W sobotni wieczór bronił tytułu po raz 16 i znów wygrał przez nokaut. Rekord jest więc już w zasięgu jego pięści, to tylko kwestia czasu.  

 

Kto następny dla Gonzaleza?

 

Sam „Chocolatito” chciałby rewanżu z Juanem Francisco Estradą, mistrzem WBA i WBO. Cztery lata temu, jeszcze w wadze papierowej (junior muszej) górą był Roman Gonzalez. Rewanż więc jest jak najbardziej wskazany, tym bardziej, że Estrada jest klasowym pięściarzem, jednym z nielicznych którzy mogą stawić Gonzalezowi czoła. Nie sądzę, że jest w stanie go pokonać, ale dać dobrą walkę, jak najbardziej.

 

A co później? Wszystko wskazuje na to, że przenosiny do wyższej kategorii. Gonzalez, wchodząc do ringu minioną sobotę, by walczyć w Inglewood z McWilliamsem Arroyo ważył 125 funtów. Starcie z Estradą byłoby więc ostatnim w limicie 112 funtów. A w wyższym limicie 115 funtów (junior kogucia) idealnym rywalem, choć bardzo niebezpiecznym, byłby Japończyk Naoya Inoue, mistrz WBO, uważany z najlepszego w tej kategorii. I to byłoby już prawdziwe wyzwanie dla „Chocolatito”. Zdobywał tytuły w wadze słomkowej, papierowej i muszej. Przychodzi więc czas na junior kogucią.  Tam też sobie poradzi, ale problem będzie już cięższy.