Poznałem go bliżej po pierwszym, wielkim zwycięstwie Polek, które były narodzinami „Złotek”. Umówiliśmy się na długi wywiad dla „Rz” kilka dni po zdobyciu pierwszego mistrzostwa Europy w Ankarze (2003). Czekałem długo, bo Andrzej Niemczyk jadąc wtedy samochodem z Katowic pomylił drogę. Odruchowo skręcił do rodzinnej Łodzi, zamiast do Warszawy. Zadzwonił, przeprosił, nacisnął mocniej na gaz i wkrótce rozmawialiśmy już do późnej nocy.

To była długa opowieść o nim samym i jego kobietach, siatkarkach, których scalił w jeden, złoty zespół. Dwa lata później znów był ze „Złotkami” na szczycie. Mieszkałem w Zagrzebiu w tym samym hotelu, widziałem patrząc  z boku jak je prowadzi, jak przygotowuje do kolejnego sukcesu. Grały wtedy niesamowicie, w wielkim stylu, w dramatycznym, półfinałowym meczu pokonały Rosjanki, a w finale rozbiły Włoszki. Później była długa noc pełna rozmów, muzyki, tańców i szczęścia. Były też łzy Agaty Mróz, która tłumaczyła Niemczykowi, jak bardzo jest chora.

 

Nie wszyscy wierzyli, że dwukrotna złota medalistka mistrzostw Europy, wspaniała, wiecznie uśmiechnięta środkowa jest w tak złym stanie, że choroba się rozwija. Trzy lata później, w Lizbonie, po sukcesie naszych siatkarzy, którzy na turnieju ostatniej szansy w Espinho wywalczyli kwalifikację na igrzyska w Pekinie, już w drodze na lotnisko, otrzymałem smutną informację, że Agata nie żyje.

A przecież miesiąc wcześniej, w stolicy Japonii, gdzie z kolei nasze panie też wywalczyły prawo gry w olimpijskim turnieju, wiadomości docierające z Polski były pomyślne: Agata przeszła operację szpiku kostnego i czuje się dobrze.
I teraz, po ośmiu latach znów Tokio: z jednej strony nasza męska reprezentacja wygrywa tam piąte spotkanie i cieszy się z olimpijskiej kwalifikacji, z drugiej informacja, że w Warszawie zmarł trener Niemczyk.

Lubiłem z nim rozmawiać, o siatkówce mówił ciekawie, z pasją i wielkim znawstwem. I nikomu nie odmawiał. Bardzo ułatwiał pracę dziennikarzom.

Wspólnie oglądaliśmy zwycięski finałowy mecz Polaków z Brazylią w katowickim Spodku podczas mistrzostw świata. Chodził wtedy o kulach, ale tryskał optymizmem.

– Mam poważne kłopoty z kręgosłupem. Czeka mnie ciężka operacja , ale dam radę – tłumaczył mi z pewnością w głosie. Świetnie czytał grę, szybko dostrzegał problemy na boisku. Wciąż słyszę, jak krzyczy do Stephane’a Antigi, by szybciej wpuścił Pawła Zagumnego. Jak było dalej wszyscy pamiętamy.

Kiedy Spodek już opustoszał siedzieliśmy tam na zewnątrz małej kawiarni i Andrzej opowiadał. Paląc papierosa za papierosem, ze szklaneczką whisky w dłoni wracał do starych, siatkarskich historii, oczywiście ze swoją osobą w roli głównej. Z łatwością skupiał na sobie zainteresowanie małej grupki ludzi opowiadając ze swadą tym swoim mocno zachrypniętym głosem. To on był zwycięzcą.

Takim go zapamiętałem.