Czasami nieszczęścia potrafią obudzić w nas pokłady pozytywnej energii. Rodzice Rennae Stubbs, byłej tenisistki, nie potrafili znaleźć wspólnego języka. Tata Gary i mama Margaret nie mogliby zagrać wspólnie w miksta na wimbledońskiej trawie… Skręcili w inną stronę na rozstaju dróg, ale córka Rennae nie straciła życiowego optymizmu. „Stubbsie”, bo tak o niej mówią koledzy i koleżanki z kortu, uwielbia autentyczne emocje, dlatego otacza się ludźmi otwartymi na świat, szczerymi do bólu i zachłannymi na entuzjazm. Pewnikiem takie podejście do życia uratowało Rennae przed depresją. „Jestem Barankiem, uwielbiam cieszyć się życiem, ale zdarza mi się również zapłakać. Tylko wtedy gdy ktoś zrani moje uczucia i zawiedzie mnie jako przyjaciel. Zawsze staram się spoglądać na świat z pozycji wesołej dziewczynki, która dziwuje się jak małe dziecko, które po raz pierwszy zobaczy nową zabawkę. Wiem jak istotna jest rola właściwego trenera w tenisie. Miałam ogromne szczęście, że trafiłam na Vince’a Barclaya. On potrafił bezszelestnie zarazić mnie entuzjazmem do gry i za to jestem mu dozgonnie wdzięczna” – wyznaje „Stubbsie”, która 26 marca skończyła 45 lat. Marzyła o tym, aby po odłożeniu rakiety na półkę znaleźć  się w telewizyjnym studio i sen się spełnił, bo Rennae pracuje jako ekspert i reporter dla rozmaitych stacji podczas największych tenisowych turniejów. Wygrywała turnieje w parze ze Steffi Graf, Lisą Raymond, Heleną Sukovą, Lori McNeil, Larisą Neiland, Manon Bollegraf, Jeleną Boviną, Mary Pierce, Carą Black, Coriną Morariu i Kvetą Peschke. W finale debla pań na kortach Wimbledonu w 2001 roku Rennae Stubbs i Lisa Raymond pokonały Kim Clijsters i Ai Sugiyamę. Trzy lata później Stubbs w parze z Carą Black (Zimbabwe) pokonały w finale Wimbledonu duet: Ai Sugiyama – Liezel Huber. Przepyszne osiągnięcia… Posiadać na koncie cztery tytuły Wielkiego Szlema w deblu, dwa tytuły w mikście… Co najistotniejsze, Rennae wie, że najważniejsze w profesjonalnym  sporcie jest owo dziecinne marzenie: radować się grą!

 

Zdrowy i nieskrępowany entuzjazm

 

Dziś Stubbsie stać na refleksyjne spojrzenie na świat tenisa. Kiedy schodzi z deski surfingowej i siada na porażająco pięknej plaży w stanie Queensland, snuje rozważania o roli trenera w tenisie. „Wielu rodziców zadało mi to pytanie: co powinniśmy zrobić skoro nasze dziecko przejawia chęć do gry w tenisa? Moja odpowiedź zawsze brzmiała identycznie: znajdźcie dobrego trenera. Niestety, wyszperanie odpowiedniej osoby i stworzenie właściwego środowiska dla dziecka uczącego się tenisa jest arcytrudne. Mój pierwszy trener – Vince Barclay imponował mi kosmicznym poziomem  entuzjazmu. On kochał grę i swoją pracę. Lubił nauczać dzieci. Chwytałam od niego pozytywne fluidy i cieszyłam się jak szalona, gdy wychodziłam na kort. Nauczyłam się kochać sport, bo zawsze widziałam entuzjazm w oczach trenera. Vince dostrzegł we mnie potencjał. Zabierał mnie na juniorskie turnieje i zachęcał do profesjonalnego uprawiania sportu. Wytłumaczył mi, że jeśli tylko będę czegoś bardzo chciała, to dopnę swego i wyląduję w fajnej piaskownicy (czytaj środowisku tenisowym). Nie zapominał jednak o pracy. Często powtarzał mi, że aby bawić się zawodowo w tenis, muszę wyrzec się wielu przyjemności, zakasać rękawy i być bardzo zdeterminowaną, aby odnieść sukces. Gdyby tylko w WTA Tour pojawiło się więcej takich trenerów jak Vince… Świat byłby piękniejszy. Niestety, większość trenerów włóczących się w profesjonalnym kobiecym tourze troszczy się tylko o wynik i o to jak ich uczeń odbija piłkę… Mało kto zadaje sobie trud i dba o to, aby ich podopieczni byli szczęśliwi, mieli dobre maniery i spokojnie rozwijali się w twórczym procesie… Czasami potrząsam głową z bezsilności, bo nie mogę patrzeć jak trenerzy i rodzice znęcają się psychicznie nad dzieciakami grającymi w tenisa” – wyznaje Stubbsie.

 

To znana choroba. Gonitwa za rezultatem, premiami finansowymi, lepszym kortem do treningu, sponsorami, bo przeważa teoria, że trzeba wycisnąć z tenisa możliwie jak najwięcej, wszak kariera nie trwa wiecznie…

 

„Momentami wydaje mi się, że nie oglądam rzeczywistości, że to tylko zły sen, ale życie szybko wyprowadza mnie z błędu. Dlaczego trenerzy i rodzice maltretują dzieciaków, gdy tylko młodzi ludzie opuszczają kort? Dobry trener potrafi subtelnie poprowadzić młodego gracza przez świat tenisa, aby ten nie czuł presji, że jeżeli nie zdobędzie Wielkiego Szlema w wieku 20 lat, to czeka go praca na budowie przy betoniarce. W trakcie mojej kariery widziałam znakomitych i kiepskich trenerów. Dojrzałam do tego, aby zrozumieć, że tylko współpraca oparta na wzajemnym szacunku jest w stanie doprowadzić do szczęśliwego rozwiązania. Najwięcej sukcesów odnoszą trener i zawodnik, którzy darzą się obustronnym zaufaniem i szacunkiem” – zauważa Rennae.

 

Cóż zatem uczynić, aby nie oddać dziecka w niepowołane ręce? Przeprowadzić starannie zaplanowany napad na bank, aby opłacić utytułowanego trenera typu Larry Stefanki czy Marian Vajda czy zmitrężyć wiele godzin w poszukiwaniu uczciwego trenera z odpowiednim podejściem do młodego człowieka? „Recepta jest prosta: odszukać trenera, który doprowadził kogoś do poziomu solidnego gracza. To silna sugestia, że ktoś kto wywindował tenisistę na wysokie miejsce w rankingu, ma odpowiednie podejście i rękę do pracy z młodymi ludźmi. Ważne, aby rodzice mieli świadomość, że dobry trener sporo kosztuje. Przeciętny koszt zatrudnienia profesjonalnego trenera wynosi 1000 dolarów za tydzień plus fundusze na wyżywienie, hotele, przeloty. To duży wydatek. Bywa tak, że jeżeli rodzic jest zarazem trenerem, to nie otrzymuje tygodniowej pensji, lecz pobiera skrawek finansowego tortu. Innymi słowy, gracz dzieli się z rodzicem premią za wynik sportowy. W takich sytuacjach, gdy gracz pochodzi z mało zamożnej rodziny, dochodzi do patologicznego zjawiska, bo młody tenisista staje się jedynym żywicielem rodziny. To niezdrowy układ. Znam przykład tenisistki, która gościła w pierwszej dwudziestce rankingu, odniosła kontuzję, a gdy zaczęło jej brakować pieniędzy na życie, postanowiła wrócić do sportu, bo jej tata i trener zagarnął wszystkie pieniądze, które dotąd zarobiła na korcie. Dramat. Znam wielu zawodowców, którzy mieli w sztabie rodzica / trenera. To smutne, ale takie rozwiązanie jest szkodliwe dla gracza, bo zabija w nim pasję i miłość do sportu” – podkreśla Rennae.

 

Stara to prawda: nadmierną miłością można zagłaskać na śmierć. W każdej dziedzinie życia najważniejsze są właściwe proporcje. Ba, łatwo powiedzieć, ale kiedy ktoś kocha na zabój, to wszelkie racjonalne argumenty odbijają się jak od ściany. Rzadko trafiamy na przykład zdrowego spojrzenia a la Toni Nadal, który będąc wujkiem Rafy, potrafił wypisać na kartce papieru błędy jakie Rafa Nadal popełniał w finale Roland Garros gromiąc Rogera Federera… W mackach rodzinnej miłości arcytrudno o obiektywizm.

Pewność siebie

 

Stubbsie, która wychowała się w wielodzietnej rodzinie (ma dwie siostry i dwóch braci), uwielbia wracać do swojego ukochanego miejsca na ziemi, czyli Sydney. Tam przy lampce znakomitego australijskiego wina Shiraz i w gronie najbliższych, nabiera energii do życia. „Po drugiej stronie siatki znajdują się takie tenisistki jak Kim Clijsters czy Maria Szarapowa. Odniosły sukces na korcie i poza nim. Częściowo taki stan rzeczy zawdzięczają rodzicom. Kim wiele nauczyła się słuchając mądrych rad zdystansowanego ojca (świętej pamięci Leo Clijsters był profesjonalnym piłkarzem). Wiara w samego siebie jest nadrzędną cechą zawodowca. Dobry trener potrafi zasiać w młodym zawodniku zaufanie do swoich możliwości. Trzeba zrozumieć, że na korcie tenisista jest sam i musi nauczyć się podejmować decyzje. Nie ma miejsca na niańczenie. W sytuacji gigantycznego stresu, trzeba wykazać się cechami szefa, który ma wyczucie i nie boi się podjąć ryzyka. To cecha mistrzów. Szarapowa zawsze słynęła z umiejętności okiełznania emocji i walki od pierwszej do ostatniej piłki. Ta zdrowa bezwzględność pomogła jej odnieść sukcesy w turniejach Wielkiego Szlema. Wielu trenerów czy rodziców lubi rozpieszczać i wyręczać młodego człowieka, a to sprawia, że w chwili kryzysowej na korcie, ich podopieczni są zagubieni niczym dzieci we mgle. Tenisista musi umieć podejmować decyzje samodzielnie. Czasami nawet zwariowane, ale ma to robić sam, a nie czekać na sygnał świetlny czy dym z fajki trenera” – uśmiecha się Rennae.

 

Cóż zatem uczynić, aby trener nie zdominował młodego tenisisty? Wyznaczyć granice nietykalności swoim egoizmem i bezwzględną negacją? „Trener nie może przyćmić zawodnika. Jeśli sprawisz, że zawodnik będzie czuł się komfortowo i swobodnie, będziesz zwycięzcą. Chodzi o to, aby tenisista nie bał się podejmować decyzji. Zaradność przyda mu się również po zakończeniu kariery. Jestem wrogiem uprawiania coachingu na korcie. Gracz ma czuć się swobodnie, nie może być uwiązany na linie, nie może bać się spoglądać w stronę trenera. Ma reagować naturalnie, a ingerencja wszechwiedzącego trenera ogranicza kreatywność zawodnika. Nie można być kukiełką. Wiem, że zabrzmi to dziwacznie, ale czasami warto, aby trener czuł się jak przestarzały mebel, który owszem, służył wiernie przez wiele lat i wzbogacał wystrój, ale na korcie ma królować samodzielne myślenie i działanie. Dlatego tak bardzo cenię Raya Raffelsa…” – wzdycha Rennae.

 

Na szczęście nie wiem wszystkiego…

 

Ray Raffels zajmuje szczególne miejsce w sercu Rennae Stubbs. Ray przyszedł na świat w Sydney w marcu 1946 roku. Odniósł sporo sukcesów na korcie. Trzykrotnie awansował do półfinału singla podczas Australian Open (1968, 1969, 1975), gościł również w ćwierćfinale singla Wimbledonu w 1967 roku. W 1978 roku awansował do finału miksta Wimbledonu i US Open grając w parze z Billie Jean-King. Na czym polega fenomen Raya? „Ray to cudowny człowiek. Nie przewróciło mu się w głowie, gdy został szefem trenerów w australijskim instytucie sportu. Przez kilka lat był moim osobistym trenerem. Pracował również z najlepszymi deblistami świata: The Woodies - Toddem Woodbridgem i Markiem Woodfordem. Ray wiedział, że muszę wylać tonę potu na treningu. Nigdy nie gasłam w jego oczach. Nigdy nie zwątpił w mój potencjał. Nie twierdził, że wie wszystko o tenisie. Sprawił, że czułam się odpowiedzialna za mój sukces. Umiejętnie „wypuszczał” mnie na trudny grunt, abym zaczęła sama podejmować decyzje. Nigdy nie wypinał piersi do orderów. Jeśli wygrywałam, mówił, że to moja zasługa” – wyznaje z błyskiem w oku Stubbsie.

 

Czy są mistrzowie kortów, którzy sięgają po szczyty, jeśli trener wątpi w ich umiejętności? „Nie. Przestraszyć dziecko i wymusić na nim agresywną grę – to strategia, która działa na krótką metę. Zawodnik, który wychodzi na kort ze strachu przed porażką, nie będzie wielkim mistrzem. Przede wszystkim, tenisista nie będzie miał miłych wspomnień z okresu aktywnego uprawiania sportu. Nie znam mistrza, który był długowieczny jednocześnie będąc poniżanym i upokarzanym przez trenera. Jeśli obrażasz zawodnika i wymuszasz na nim presję wyniku, nie oczekuj, że będzie przebywał 80 tygodni na szczycie rankingu. Moja koleżanka z kortu, Niemka Steffi Graf, miała tatę, który inspirował ją, aby odniosła sukces. Jednak Steffi miała w sobie tyle pokory, że była największym krytykiem swoich poczynań na korcie. Potrafiła się samobiczować. Podejrzewam, że tata zaszczepił w niej tyle kreatywności i zdrowej samooceny, że nawet gdy on już nie był zaangażowany w tenis, ona wciąż pięła się w górę i zdobywała kolejne tytuły. Pragnę podziękować moim rodzicom i wszystkim moim trenerom za to, że zanadto nie ingerowali w moją karierę. Kiedy słyszę pytanie kierowane do mnie przez rodzica w stylu: co zrobić, aby moje dziecko było zaangażowane w tenis? proszę ich o jedno. Sami sobie zadajcie pytanie pt. jak poczuje się nasze dziecko, gdy przestaniemy się nim opiekować? A potem niech rodzice po prostu poszukają dobrego trenera” – podsumowuje Rennae Stubbs.

 

Wimbledon to marzenie każdego brzdąca uderzającego piłkę rakietą tenisową. Atmosfera wyjątkowego święta, fantastyczne muzeum, truskawki, tradycja, wspaniała publiczność i trofea. Sama świadomość wkroczenia na święte trawniki sprawia, że inaczej się oddycha. Ze wszech miar warto wsłuchać się w głos w dwukrotnej mistrzyni debla na Wimbledonie i kobiety, która przez 17 lat występowała w reprezentacji Australii w Fed Cupie. Żadna inna australijska tenisistka nie grała tak długo w Pucharze Federacji… Niepojęte. Pewnie dlatego, że potrafiła słuchać rad dobrych trenerów…