WYGRANI:

 

Denver Nuggets: zespół, który próbuje coś zmienić w Konferencji Zachodniej, dodał do składu dobrego gracza. Jamal Murray w swoim pierwszym (i jedynym) sezonie w Kentucky Wildcats, rzucał ponad 20 punktów w meczu, dodając do tego umiejętność dynamicznego atakowania kosza rywali. Plus skuteczność za trzy punkty. Ma spore szanse - pomimo, że został wybrany “tylko” z numerem 4 - być najskuteczniejszym pierwszoroczniakiem sezonu 2016/2017.

 

Philadelphia 76ers. Ben Simmons nie zagrał nawet minuty w Marcowym Szaleństwie, bo jego drużyna uniwersytecka była zbyt słaba. To jednak w niczym nie zmieniło opinii ekspertów, twierdzących, że “Simmons jest najbardziej utalentowanym graczem draftu od czasu LeBrona Jamesa”. Oczywiście nikt Bena do MVP finałów nie porównuje, ale pochwały są zasłużone. Simmons umie wszystko… z wyjątkiem skutecznego rzucania z dystansu. Ale tego w NBA można się nauczyć. 76ers udało się też “wykraść” z numerem 24 francuskiego rozgrywającego Timothe Luwawu. Luwawu, poza byciem nauralnym atletą, idealnym do nowej ery szybkiej gry w NBA, potrafi też bronić. To w przypadku graczy z draftu zawsze spory bonus.

 

Minnesota Timberwolves. Jak dobrym koszykarzem ma szansę być Kris Dunn? Wystarczy powiedzieć, że Chicago Bulls oferowało za wybranego z numerem 5 (wszyscy spodziewali się, że będzie w pierwszej trójce) grającego w ostatnim Meczu Gwiazd NBA Jimmy Butlera. Dunn, na pewno najlepszy  defensywny, jeden z najbardziej wszechstronnych graczy tegorocznego NBA Draft, trafi pod opiekę zaczynającego pracę w klubie Toma Thibodeau, byłego trenera Bulls. Mając, obok Dunna, takich graczy jak Karl-Anthony Towns, Andrew Wiggins czy Zach LaVine, Thibodeau ma szansę stworzyć w Minneapolis zespół, jakiego nie było od czasów, kiedy zaczynał tam grać Kevin Garnett.

 

PRZEGRANI

 

Sacramento Kings. Nikt za bardzo nie wie, jak wygląda finansowa przyszłość Sacramento Kings, a po czwartkowym  drafcie, znaków zapytania związanych z tym, co dzieje się na parkiecie też nie  ubyło. Najpierw z numerem 8, lubiący faulować Marquese Chriss, rozgrywający, którzy grał dobrze przez 2 miesiące sezonu, a później było gorzej.  Kings wybrali z numerem 13  zaledwie 18-letniego Greka Georgiosa Papagiannisa, którego nie było przed draftem w pierwszej 25 graczy większości koszykarskich rankingów. Biorąc pod uwagę, że Kings już mają najlepszego środkowego ligi (DeMarcus Cousins), nie bardzo wiadomo czym kierowały się władze klubu. Sam Cousins skomentował na twitterze wybór Sacramento ironicznym zdaniem “Boże, daj mi siłę…”. Ale może spełni się jego marzenie i odejdzie z klubu, w którym nigdy specjalnie nie lubił grać.

 

Milwaukee Bucks: Bucks, jedna z najmłodszych drużyn NBA, po raz kolejny postawiła wszystko na jedną kartę. Udało się z Giannisem Antetokounmpo, ale wybór Thona Makera to olbrzymie ryzoko. Nikt naprawdę nie wie, ile chłopak z Sudanu/Australii ma lat (19? 22? Więcej?), nigdy nie grał w koszykówkę na poziomie uniwersyteckim, ale...  ma potencjał. Tylko, że Maker może być równie dobrze – albo potencjalnie – największą wpadką draftu. Do tego Bucks mają już w składzie pięciu graczy mierzących 208 cm lub więcej - może przydałby się ktoś, kto potrafi podawać piłkę?

 

Boston Celtics. Danny Ainge, manager Celtics nazywany jest “czarownikiem draftu”, ale – przynajmniej na razie – niewielu rozumie jego decyzje personalne NBA Draft 2016. Celtics potrzebowali gwiazdy, by naprawdę liczyć się w Konferencji Wschodniej, ale najpierw zrezygnowali z Dunna, decydując się na wybór z numerem 3 znacznie niżej ocenianego Jaylena Browna. Brown ma problemy ze zdobywaniem punktów, trudno też spodziewać się, że  już w nadchodzącym  sezonie Celtics pomoże  drugi wybór Ainge’a: skrzydłowy Guerschon Yabusele. Żeby grał jak Draymond Green (na to liczą w Bostonie) , trzeba będzie poczekać przynajmniej paru lat. Jeśli tak się kiedykolwiek stanie.