Impulsywna, szczera, zwariowana… Nie ukrywa, że uwielbia tańczyć i bawić się, ale posiada też spory skrawek duszy, który czyni z niej pracoholiczkę. Kiedy bogate słowackie damy szykowały się do sylwestrowych szaleństw w Liptovskym Mikulaszu, Żilinie i Starym Smokovcu, Dominika w pocie czoła odbijała piłki w palącym słońcu Brisbane. Jedni tańczą, a inni walczą z długiem czasowym po katorżniczej podróży do stolicy stanu Queensland. „Domczia” jak mawiają ludzie jej życzliwi to kobieta, która kocha życie na wysokich obrotach. Wie, że żyje się tylko raz. Owszem, nie ma problemu ze wspinaczką na świętą górę Słowaków – Krywań, ale „Cibula” z większą ochotą spali kalorie na tanecznym parkiecie. „I’m a party girl” – mówi z szelmowskim uśmiechem Dominika, która oprócz kąpieli w ogrodzie rozkoszy, zgłasza poważne aspiracje sportowe. Treningi u Chris Evert w USA, dieta, pracowitość i pilność, a wieczorem występ w talk show w słowackiej telewizji. Wszystko można pogodzić. Spacer po Acapulco z mikroskopijnym pieskiem w stylu Mariah Carey i oglądanie popisów śmiałków skaczących w czeluść La Quebrada… Słowaczka zręcznie szuka wytchnienia, po to, aby później błyszczeć na korcie. Finał Australian Open’2014 to jej największy sukces w Wielkim Szlemie. Podobnie jak Agnieszka Radwańska, Dominika raz zagrała w finale wielkoszlemowego turnieju. W styczniu 2014 roku pokonała krakowiankę w półfinale Australian Open. Agnieszka Radwańska zagrała wówczas koncertowo w ćwierćfinale przeciwko Viktorii Azarence. W tym sezonie Polka znalazła receptę na Słowaczkę w Indian Wells, ale w Madrycie i Eastbourne górą była Dominika. W 2013 roku Polka zafundowała Słowaczce tzw. „rowerek” podczas turnieju w Sydney. 6-0, 6-0. Bilans konfrontacji jest korzystny dla Polki (7-5), ale można być pewnym, że w IV rundzie Wimbledonu statystyki wyfruną obu tenisistkom z głów, gdy wyjdą na kort nr 3…

Narciarstwo wodne

Dominika ma na koncie 6 tytułów w singlu i 9 finałów. W tym sezonie dorzuciła dwa skalpy: wygrała w katowickim Spodku i na trawie w brytyjskim Eastbourne. Górny Śląsk i port na południowym wybrzeżu Anglii. Czy Cibulkova żałuje, że nie jest gwiazdą pokroju Katariny Witt? „Dorastałam jako brzdąc w pięknym uzdrowisku Pieszczany. Pierwszym sportem, w którym się zakochałam było pływanie. Potem bardzo fascynowały mnie narty wodne, ale tata szybko wytłumaczył mi, że choć to piękny sport, to nie mam opcji na rozwój, bo na Słowacji nie ma wielkich akwenów. Tata to spryciarz. Sam oddawał się do woli jeździe na nartach wodnych, ale córce odradzał tą zabawę. Pewnie dostrzegł, że to świetny pomysł na hobby, ale wyżyć się z tego nie da” – podkreśla rezolutnie 18 rakieta świata.


Skoro nie udało się wyprzedzić Sami Selio w szybkiej łodzi służącej do wyścigów powerboats, skoro myśli o nartach wodnych należało zakopać głęboko pod szczytem Dżumbier w Niskich Tatrach, należało skupić się na innej dyscyplinie. Dominika, która lubiła stroić się jako maleńka dziewczynka, rozmarzyła się obserwując w telewizji mistrzynie w łyżwiarstwie figurowym. „Łyżwiarstwo bardzo mi się podobało. Nie panczeny, żadne wyścigi, po których językiem zlizuję lód, tylko elegancja i ewolucje w hali. Jednak mój zapał ostygł, gdy dowiedziałam się, że na mordercze treningi trzeba wstawać o szóstej rano. Wszędzie dookoła było ciemno, mgła, zimno, a ja zasuwałam na taflę. Wczesne wstawanie niezbyt dobrze wpływa na cerę” – śmieje się Dominika.

   
W wieku 7 lat kipiąca energią Cibulkova spróbowała dwutygodniowego kursu nauki gry w tenisa. W Pieszczanach poszukiwano talentów, więc tata Milan nie oponował, gdy córka uczyła się pracy stóp…

Determinacja w genach

Dominika to ambitna kobieta. Nie inaczej było kiedy głową lekko sięgała ponad stół… „Okryłam się hańbą, gdy dostałam tzw. kanara, czyli przegrałam mecz 0-6, 0-6. To był mecz w ramach akcji: szukamy przyszłych olimpijczyków. Byłam przesiąknięta miłością do tenisa, ale wiedziałam, że w mojej grupie wiekowej jestem najsłabsza. Inne dzieci zaczynały zabawę mając 4 czy 5 lat, a ja na starcie byłam przegrana, bo rozpoczęłam treningi w wieku 7 lat. Nie załamałam się, choć bałam się wrócić do domu, gdy przegrałam dwa sety do zera na maleńkim turnieju w Pieszczanach. Trenerzy spoglądali na mnie pobłażliwie, bo w duchu czuli, że jestem niskiego wzrostu, nie rokuję nadziei i nic ze mnie nie będzie. Zawzięłam się, trenowałam w pocie czoła, dążyłam do perfekcji. Grałam i bawiłam się patrząc na ich złośliwe uśmieszki” – z taką wolą walki Dominika przefrunęłaby nad doliną rzeki Hornad na bosaka i z bryndzowymi haluszkami na talerzu…


Tata Milan zawiózł córeczkę do Rożnowa pod Radhosztem. Czuł podskórnie, że trener Jan Kaval podniesie poziom jej tenisa. Na Morawach Domczia chodziła do szkoły i trenowała na korcie. „Płakałam jak bóbr. Na początku nie tęskniłam za domem, ale z czasem zaczęło brakować mi koleżanek. Do nowego świata rodzice przywozili mnie w poniedziałek, a potem zabierali mnie w piątek do słowackiego domu. Nie wytrzymałam. Jestem sentymentalną dziewczynką…” – uśmiecha się kokieteryjnie Dominika. Szkoda, że Jurgen Melzer i Gael Monfils tego nie dostrzegli…


Rodzice stanęli przed dylematem. Co zrobić, aby ich córka nie utknęła na rozstaju dróg?

Wiara w sukces

Cibulkova potrzebowała pozytywnych bodźców. Wygrywała mistrzostwa Słowacji do lat 12, a trenerzy wmawiali jej rodzicom, że to nic wielkiego i nie ma podstaw, aby budować ocean nadziei na profesjonalną karierę. „Chciałam siarczyście zakląć, ale powstrzymałam się, bo przy trenerze to niegodne zachowanie. Pilnie trenowałam i był moment kiedy wśród 14-latek wyprzedzały mnie tylko Vika Azarenka i Sorana Cirstea. Mówiłam sobie: kurcze, skoro jestem trzecia w Europie, to chyba ktoś na Słowacji powinien mnie docenić?! W odpowiedzi usłyszałam, że jestem na końcowej stacji kolejowej, mogę szykować sobie miejsce na bocznicy i mam szukać pracy w gastronomii. Lubię langosza, ale nie chcę stać przy garach przez pół życia…” – Cibulkova nie chciała składać broni.


Trenerzy mówili, że przy takim wzroście Dominika niczego nie zwojuje na światowych kortach. Ciekawe co myśleli, gdy Cibula awansowała na dziesiąte miejsce w rankingu…?

Wzorowała się na Clijsters

Ciepło, wrażliwa dusza, otwartość – Dominika ceni szczere relacje międzyludzkie. „Gdy pojechałam do Miami po raz pierwszy, w szatni spotkałam Kim Clijsters. Uwielbiam ją nie dlatego, że kiedyś była liderką światowego rankingu, ale za to, że jest normalna. Podeszła do mnie, porozmawiała o tenisie, życiu, pasji, miłości, zakupach. Widziała, że czuję się zagubiona w wielkim świecie. Inne tenisistki tylko przyglądały mi się z daleka. Kim zdobyła moją sympatię ludzkim podejściem do młodszej koleżanki po fachu. To ważniejsze od tytułów, bo w życiu chodzi o to, aby mieć serce, a nie seryjnie zdobywać Szlemy. Sukcesy cieszą, ale jesteśmy ludźmi, stworzono nas, aby się komunikować, rozmawiać, odczuwać, prawda?” – mówi 27-letnia Słowaczka.
   
Ojciec Lukasa Lacko

Milan, tata Dominiki kumplował się od lat z Ladislavem Lacko, ojcem Lukasa Lacko, znanego słowackiego tenisisty. „Lukas Lacko urodził się w Pieszczanach. Jest dwa lata starszy od Dominiki. Ladislav, tata Lukasa, ma niesamowitą rękę do brzdąców. Kocha tenis, ale wie, że każdą miłość trzeba smakować małą łyżeczką. Choćby dlatego, aby nie spowszedniała… Domczia trenowała w Pieszczanach dwa razy w tygodniu, gdy chodziła do szkoły, a w okresie wakacji codziennie wędrowała na korty. Ladislav przekonywał nas, że warto zatroszczyć się o prywatnego trenera dla Dominiki, gdy nasza córka miała 11 lat. Tata Lacko bał się, że Domczia zginie w szarzyźnie, bo trenerzy klubowi woleli równać w dół niż spoglądać ku szczytom. Cyrki zaczęły się w momencie, gdy chcieliśmy, aby nasza córka mogła doskonalić tenisowy warsztat w Slovanie Bratysława. Klub z Pieszczan zażądał 40 tysięcy koron jako opłatę za wyszkolenie Dominiki. Slovan nie chciał zapłacić tak zawrotnej kwoty, więc musieliśmy sięgnąć głęboko do kieszeni. Dominika to wojowniczka. Córka chciała się nam odwdzięczyć już w pierwszym występie w barwach Slovana. Zwyciężczyni turnieju w nagrodę miała polecieć na wyspy Bahama. Chociaż Domczia była w gronie outsiderek, wyszła na kort i grała jak profesor. Wygrała i pofrunęła na wyspy Bahama. A tam nie zamierzała wylegiwać się na plaży, choć kocha słońce i kąpiele…” – mówi mama Dominiki Katarina. Kąpiele, owszem, ale nie w borowinie w Pieszczanach…

Pierwszy zarobek

Gdy Dominika miała 15 lat, rodzice pojechali z nią na turniej do czeskich Pruhonic. Był listopad. Zimno i nieprzyjemnie na dworze. W hali było niewiele przyjemniej. Dominika grała w kwalifikacjach, ale przegrała mecz w ostatniej rundzie i nie awansowała do turnieju głównego. Już pakowała termobag, gdy mama zawołała ją, że trzeba odebrać pieniądze za występ. Dominika oniemiała: jakie pieniądze? To mi za to zapłacą? Przecież przegrałam mecz. Odebrała 45 dolarów i z radości kupiła sobie lody czekoladowe…


W kwietniu 2005 roku Dominika zagrała w marokańskim Rabacie. „Przegrałam trzysetowy mecz ze Słowenką Andreją Klepac. Wypłacono mi 550 dolarów. Poukładałam banknoty na pościeli, zrobiłam zdjęcia, śmiałam się do siebie, bo wiedziałam, że ciężka praca przynosi owoce. To był mój pierwszy prawdziwy zarobek. Poprzysięgłam sobie, że będę pracować co tchu, aby kiedyś wygrać wielki turniej i cały hotelowy pokój wykleić pieniążkami…” – śmieje się Domczia.


Gdy listopadowe słońce chowa się za budynkiem Narodowego Centrum Tenisa na ulicy Prikopovej w Bratysławie, małe dzieci podchodzą do gabloty ze zdjęciami. Dotykają paluszkami fotki Dominiki Cibulkovej. Domczia wychodzi z klubowej restauracji i cieszy się widząc smyki. Klęka przy nich, bawi się, robi zdjęcia z maluszkami. Igor Zelenay, słowacki deblista przygląda się tej scenie i twierdzi, że mało kto ma takie serce jak Dominika…