Wojciech Młynarski śpiewał przed laty, że "ludzie to kupią. Byle na chama, byłe głośno, byle głupio". Chyba ta melodia wciąż dźwięczała w uszach działaczom PZPS, gdy ustalali ceny na Finał Six w Krakowie. Zapomnieli, że czasy się zmieniły. Ludzie tego nie kupili.

 

Czytałem wypowiedź jednego z kibiców (pan Zdzisław), który zrezygnował z obejrzenia środowego meczu Polska - Francja, bo jak podliczył za wejście 5-osobowej rodziny musiałby zapłacić 920 zł. Nie dziwię mu się. Podobnie zareagowały setki polskich rodzin.

 

Za bilet na jeden dzień Final Six kibic musiał zapłacić od 140 do 200 zł (tylko 3 sektory były zarezerwowane dla posiadaczy biletów po 35 zł). - Cena jest adekwatna do rangi, prestiżu, miejsca i drużyn uczestniczących w wydarzeniu. Ponadto bilety obejmują dwa mecze dziennie - tłumaczył rzecznik prasowy PZPS-u Janusz Uznański. Kibice mieli inne zdanie. Może pamiętali, że trochę ponad miesiąc temu w tym samym Krakowie najdroższe bilety na mecz piłkarskiej reprezentacji Polski z Litwą kosztowały 90 złotych, tańsze po 70 zł, a pakiet rodzinny (opiekun plus dziecko) zaledwie 76 zł. I stadion był pełny, chociaż było wiadomo, że nie zagra Robert Lewandowski.

 

Nauka z tego jest prosta. Nie można być zbyt chytrym, bo wtedy traci się podwójnie. Ale zastanawia mnie coś innego. Dlaczego działacze PZPS nie wyciągają wniosków z błędów? Już przecież na turnieju interkontynentalnym w Łodzi ustalili ceny najtańszych biletów na 140 złotych i ludzie tego nie kupili, mecz Polska - Argentyna obejrzało zaledwie 4000 osób, najmniej w historii meczów Ligi Światowej w Polsce. I znów na Final Six próbowali działać "byle na chama, byle głośno, byle głupio". Efekt był ten sam. Kibice odwrócili się plecami.