Łukasz Majchrzyk: Napięcie przed igrzyskami olimpijskimi w Rio de Janeiro już rośnie?


Piotr Małachowski: Stres oczywiście jest, bo jadą na igrzyska, ale generalnie nie podchodzę już do sportu tak emocjonalnie jak kiedyś. Dzisiaj uważam, że to jest przede wszystkim moja praca. Mam do wykonania określoną robotę, która polega na tym, żeby rzucić jak najdalej. Kiedyś się bardziej stresowałem. Wszyscy oczekują wyniku, ale sam się jakoś przesadnie nie napinam. Poziom adrenaliny zacznie rosnąć, jak już przylecimy do Brazylii.

Na tym etapie najczęstsze są pytania o zdrowie? Jak kolano?


Czuję zmęczenie, odzywają się przeciążenia, ale na szczęście nic poważnego się nie dzieje. Bólu w kolanie przesadnie nie odczuwam. To nie jest ból, który utrudnia mi życie.

Jedzie pan do Rio jako faworyt do złotego medalu. Od tego nie da się uciec.


Powiedzmy, że jestem w pierwszym szeregu tych, na których będą patrzeć kibice. Będę się liczył w walce o medale. Będą też jednak inni. Są starzy mistrzowie, tacy jak Robert Harting, ale pojawiają się też młodzi zawodnicy, a młodość to jest dzikość.  Jadę po złoto. jestem jednym z wielu pretendentów. Jestem mistrzem świata, a to do czegoś zobowiązuje, ale zachowajmy spokój. Tak naprawdę to dopiero po eliminacjach będzie można powiedzieć, na co mnie będzie stać w dniu konkursu. Nie ma się co stresować zawczasu. Im szybciej człowiek zacznie się denerwować, tym szybciej tym szybciej się wypali.

W tym sporcie jednak, jest dużo zawodników po 30. roku życia, którzy wciąż się liczą. Młodość to szaleństwo, a czym wygrywają ci, którzy jadą po raz trzeci na igrzyska?


Doświadczenie w rzucie dyskiem ma bardzo duże znaczenie, bo każdy szuka wiatru, który poniesie jego dysk, a jak się obrzucało już trochę zawodów, to jest łatwiej. Doświadczony zawodnik wie, jak się rozgrzać, a konkurs się zaczyna na boisku rozgrzewkowym, gdzie spędzamy jakieś trzy godziny. Patrzymy na siebie, podglądamy.

Jest jakaś gra psychologiczna, próba zdominowania rywali?


Nie ma chrząknięć, spojrzeń spode łba, wchodzenia sobie w drogę. My jesteśmy normalnymi ludźmi. Nie ma aż takiej walki psychologicznej. Nie mamy w zwyczaju siebie nawzajem deprymować. Rozmawiamy ze sobą. Jesteśmy wrogami na stadionie, kiedy walczymy o medale, ale gdy zgasną światła, to normalnie się zachowujemy. Jak jesteśmy po sezonie, nie walczymy, to idziemy sobie na piwko.

Bardzo ważne mogą być w trakcie konkursu warunki pogodowe. Był już rekonesans w Rio?


Już tam startowałem i chciałbym o tamtym występie jak najszybciej zapomnieć. Rzuciłem tylko 54-56 metrów. Było słabo. A jeśli chodzi o warunki klimatyczne, to na pewno jest tam bardzo gorąco, a ja takiej pogody nie lubię. To nie będzie mój atut, ale wszyscy mają takie same warunki. W Rio nie ma wiatru, który może pomóc, trochę ponieść dysk. Rzuca się tyle, ile ma się wytrenowane. Jeśli stadiony są otwarte, to jest dużo łatwiej, czasami rzuci się gorzej technicznie, płasko, a i tak wiatr pomaga. W Rio nie ma na to szans.

Ważną część przygotowań spędził pan w Stanach Zjednoczonych. Trzeba jechać aż tam?


Wyjazd do USA był bardzo ważny. Tam jest najlepszy ośrodek na świecie do trenowania rzutów. Cały niezbędny sprzęt mamy na miejscu, a poza tym jest bardzo dobra kuchnia. Można zjeść pysznego burgera, nie takiego z fast foodu, ale prawdziwego, gdzie mięso jest mielone na miejscu, a kucharz lepi kotleta na oczach klienta. Lepszego jedzenia chyba nie ma nigdzie indziej.

U dyskoboli dieta, jak widzę, wygląda inaczej niż u Roberta Lewandowskiego. On by się w amerykańskiej stołówce chyba nie odnalazł?


Zdrowe odżywianie  się jest bardzo ważne, ale w naszej dyscyplinie nie musimy trzymać wagi tak rygorystycznie. W Rio mam ważyć 128 kilogramów, żeby mieć odpowiednią szybkość w kole. Robert musi robić 11-12 kilometrów w trakcie meczu. Przy wadze 120 kg za długo by nie pobiegał (śmiech). Pamiętam, po czym dobrze się czuję i to jem. Na igrzyskach jest wiele kuchni do wyboru. Coś dla siebie znajdę.

Każdy szykuje formę na igrzyska olimpijskie, ale niekoniecznie oddaje się tam najdalsze rzuty w sezonie, a i tak wystarcza to do medalu. Tak bywało w przeszłości.


Na igrzyskach nie rzuca się najdalej, bo są tam zamknięte stadiony, z wielkimi trybunami, bez wiatru i ciężko jest rzucić daleko. Wynik w granicach 68 metrów na pewno da medal. Od dwóch lat nie ma bardzo dalekich rzutów. Nie ma się co stresować. Zobaczymy. To jest konkurs. Czasami człowiek rzuci daleko i na jakimś mityngu i na igrzyskach.

Zamieszanie z dopingiem wpłynęło na waszą rywalizację?


Na rzut dyskiem to wpłynęło. U nas od paru lat nikt nie został złapany. Ostatni był Robert Fazekas na igrzyskach w Atenach. To jest przykre, co się dzieje w sporcie. Dzisiaj nie mówi się o lekkiej atletyce w pozytywach, tylko o tym czy jacyś zawodnicy są na dopingu i kogo złapią. Jesteśmy jednak regularnie badani. Każdy z nas podaje jedno okienko w ciągu dnia, kiedy mogą wpaść do nas kontrolerzy dopingowi. Ja podaję godziny między 6 a 7 rano, kiedy jestem w domu. Kontrolerzy przyjeżdżają, pobierają próbkę i mogę się jeszcze położyć spać. Gorzej jest, kiedy gdzieś lecisz, podałeś, że będziesz przebywał pod określonym adresem, a tu samolot jest opóźniony. Wtedy się stresujesz.

To czego życzyć na ostatniej prostej przed igrzyskami olimpijskimi?


Życzcie mi szczęścia, bo po zdrowie idzie się do lekarza.