Długodystansowe zmagania w Japonii są jedną z czterech rund motocyklowych mistrzostw świata FIM World Endurance, ale co roku przyciągają także na start liczne ekipy spoza serii. Wśród nich fabryczne zespoły największych producentów jednośladów z kraju kwitnącej wiśni. Skąd taka popularność akurat tej rundy endurance? Japoński tor Suzuka należy do Hondy, która ma na swoim koncie najwięcej zwycięstw w tej słynnej imprezie. Rywale z takich fabryk jak Yamaha, Suzuki i Kawasaki robią jednak wszystko, aby pokonać giganta na jego własnym podwórku. W niedzielę udało im się to już po raz drugi z rzędu.

Fabryczne ekipy ponownie ściągnęły w swoje szeregi mnóstwo znanych nazwisk. Rok temu w barwach Yamahy triumfowali znani z MotoGP Bradley Smith i Pol Espargaro. Choć niedawno obaj potwierdzili, że wkrótce zmieniają barwy i przechodzą w królewskiej klasie do ekipy KTM to jednak Espargaro postanowił raz jeszcze wystartować w Japonii. W zespole Yamahy dołączył do niego znany z World Superbike były mistrz Wielkiej Brytanii, Alex Lowes.

Honda miała przed sobą trudne zadanie. Rok temu japoński gigant namówił do startu samego Caseya Stonera, dwukrotnego mistrza świata MotoGP. Australijczyk przewrócił się jednak po awarii motocykla, a zespół nie ukończył zmagań. W tym roku HRC do startu namówiła innego mistrza MotoGP, Nicky'ego Haydena, do którego dołączył jego partner z zespołu Hondy w World Superbike, były mistrz świata Supersportów i dwukrotny zwycięzca wyścigu na Suzuce, Holender Michael van der Mark. Niestety, drugi rok z rzędu główny zespół Hondy nie dojechał do mety z powodu awarii, zostawiając losy zwycięstwa w rękach zawodników Yamahy, którzy przez osiem godzin nie popełnili najmniejszego błędu.

W trakcie trwającej osiem godzin rywalizacji trójka Yamahy pokonała 218 okrążeń czyli ponad 1200 kilometrów, o dwie minuty wyprzedzając ekipę Kawasaki. W jej składzie znalazł się były zawodnik MŚ MotoGP i World Superbike, Brytyjczyk Leon Haslam, który dwa lata temu triumfował w Japonii w barwach Hondy razem z van der Markiem. Podium z okrążeniem straty, uzupełnił zespół Suzuki, w którym wystartował m.in. znany z MŚ World Superbike Josh Brookes oraz japońska legenda Noriyuki Haga. Były as World Superbike dołączył do zespołu w ostatniej chwili, po tym jak ze startu zrezygnował obrońca tytułu Moto2, Johann Zarco. Francuz liczył, że start w Japonii pomoże mu podpisać z Suzuki kontrakt na starty w MotoGP. W międzyczasie umowę z zespołem Davide Brivio podpisał jednak jego główny rywal z Moto2, Hiszpan Alex Rins, więc Zarco zrezygnował z udziału w wyścigu. Za rok zobaczymy go w MotoGP w barwach Yamahy. Czy wtedy wskoczy na R1-kę i właśnie na niej wystartuje w Japonii? W drugiej dziesiątce finiszowali z kolei znani z Moto2 Ratthapark Wilairot oraz Dominique Aegerter, który startował razem z wicemistrzem świata Supersportów, PJ Jacobsenem.

W wyścigu wystartować miała także polska ekipa, która rywalizuje w pełnym cyklu World Endurance. Zespół LRP Poland w ostatniej chwili zrezygnował jednak z kosztownego wylotu do Japonii i postanowił zamiast tego lepiej przygotować się do ostatniej rundy MŚ, która odbędzie się we wrześniu w Niemczech.

Co ciekawe, szefostwo Yamahy w Japonii otwarcie mówiło w trakcie weekendu o planach ściągnięcia na start samego Valentino Rossiego. Włoch wygrywał już kilkanaście lat temu w słynnym ośmiogodzinnym wyścigu, wówczas jeszcze w duecie z Colinem Edwardsem i w barwach Hondy. Yamaha namawiała go do startu w tym sezonie, ale „Doktor” grzecznie odmówił, podobnie jak obrońca tytułu Jorge Lorenzo. Menedżerowie Yamahy są jednak przekonani, że udział Rossiego w japońskim klasyku to tylko kwestia czasu. Póki co jednak Vale i spółka odpoczywają na wakacjach. Kolejna runda MotoGP dopiero w połowie sierpnia w Austrii.