241 km, w tym cztery rundy góra – dół w podmiejskiej dżungli. Ale będzie też trochę przyjemniej, gdy droga po olimpijskie medale prowadzić będzie wzdłuż najsłynniejszych plaż, takich chociażby jak Copacabana czy Ipanema. Te odcinki, przy oceanie są płaskie jak stół, lecz jeśli mocno powieje, to może być równie ciężko jak na podjazdach.

 

Typowi sprinterzy nie będą więc w tym wyścigu mieć żadnych szans. To trasa tylko dla orłów.

 

Jedno jest też pewne: nikt nie będzie się nudził. Ani najlepsi kolarze, którzy w tym wyścigu wystartują, ani ci, którzy będą ich oglądać w akcji. Przejechałem ją samochodem i wiem, że mistrzem olimpijskim nie zostanie tu ktoś przypadkowy. Trochę przypomina mi tą z mistrzostw świata w Kolumbii (1995), jeśli chodzi o stopień trudności, ale tamta prowadziła wysoko w górach, prawie 3 tysiące metrów nad poziomem morza

 

Na razie w Rio niewiele się mówi o igrzyskach. Miasto żyje swoim życiem, a ludzie problemami, których tu nie brakuje. Większość obiektów jeszcze jest dla dziennikarzy niedostępna, ale z dnia na dzień wszystko się będzie zmieniać, a emocje będą rosnąć. Jadąc trasą kolarskiego wyścigu spotkałem sympatycznego brazylijskiego wolontariusza. Gdy się dowiedział, że będę komentował boks i tenis stołowy zawołał swojego kolegę, jak się okazało byłego mistrza Brazylii. 36 letni dziś pingpongista, zapowiadał się ponoć na bardzo dobrego gracza, ale to już przeszłość. Zapytał o Andrzeja Grubbę, nie wiedział, że nie żyje. Polak był jego idolem, a jego bekhend niedościgłym technicznie uderzeniem.

 

O kolarzach nie rozmawialiśmy, bo nie znał nikogo, ze swojego kraju również.

 

Ale szosowy wyścig będzie oglądał, tak mnie zapewniał.