Intuicyjnie można przypuszczać, że nie było polskiego kibica – podejrzewam, że nawet jednego eksperta - który wymyśliłby taki scenariusz: Paweł Fajdek opuszcza Rio bez medalu, bez nawet jednej finałowej próby, siatkarze czwarty raz z rzędu pakują się po ćwierćfinale, a piłkarze ręczni, którzy przegrali w grupie trzy mecze, przechodzą do fazy medalowej.

 

To wszystko wydarzyło się w zaledwie pół doby. Miesiące naszych oczekiwań, lata przygotowań sportowych bohaterów wzięły w łeb. Z kolei ci, na których a priori postawiliśmy krzyżyk, zbudzili nas wczoraj nad ranem wynikiem ponad stan.

 

I tak przez ponad dwa tygodnie trwania igrzysk. Niespodzianek, rozczarowań, prawdziwych sensacji było bez liku. Poza ikonami m.in. z  Usainem Boltem, Michaelem Phelpsem, Mo Farahem, ale także naszą Anitą Włodarczyk, nic w tych igrzyskach nie było i nie jest pewne. Co z tym sportem, chciałoby się zapytać? Skąd niespodziewani mistrzowie, noworokreowane bożyszcza tłumów, gdzie ci faworyci?

 

Weźmy tylko ostatnią noc. Po złoto w pchnięciu kulą nie sięga typowany do tego od miesięcy Joe Kovacs, a jego rodak Ryan Crouser, w dodatku wynikiem powyżej 22 m. Mistrzynią olimpijską w oszczepie zostaje nieznana dotąd szerokiej publiczności Sara Kolak. Niespodziewanie do czołówki zapukała Polka Maria Andrejczyk, która w eliminacjach pobiła o ponad 3 m obowiązujący przez dekadę rekord Polski, a w finale dała się wyprzedzić na podium o 2 cm rekordzistce świata Barborze Špotakovej.

 

I tak dzień po dniu. Dziś trudno pastwić się nad naszymi siatkarzami, ale to oni przecież mieli osiągnąć strefę medalową. Utknęli po raz czwarty z rzędu na ćwierćfinale, a dający dość regularnie ciała w grupie piłkarze ręczni nagle celują w medal.

 

Ukułem teorię, z którą o dziwo zgodziło się kilku wybitnych sportowców. Igrzyska, zwłaszcza w dobie postępującej komercjalizacji i posuniętego do granic marketingu, są imprezą szczególną. Wymagającą szczególnej odporności psychicznej, ale i wielkiej umiejętności koncentracji. Na co dzień czołowi sportowcy w swoim fachu wyjeżdżają na mistrzostwa sfokusowani na start. Bez wszystkich związanych z ceremonią otwarcia ceregieli, przebywający w świecie ludzi jednej proweniencji, bez pokusy wspólnego zdjęcia czy autografu z ikoną sportu, etc. Nie chcę powiedzieć, że Fajdek przegrał medal, nawet występ w finale, bo biegał za fotką z Boltem, ale jest coś w atmosferze igrzysk, te dni wyczekiwania na start, co nie pozwala skoncentrować się na powierzonym zadaniu.

 

Kto był w wiosce olimpijskiej, ten wie, jaki panuje tam rwetes, żeby nie powiedzieć chaos. Ile po drodze pokus, którym można nie ulegać (słyszeliście pewnie o wyrzuconej z IO Brazylijce uprawiającej seks tuż przed nieudanym startem), ale które z pewnością rozpraszają. Opowiadał mi Łukasz Kadziewicz, nasz olimpijczyk z Pekinu, co działo się na stołówce w wiosce olimpijskiej, kiedy okazało się, że razem z drużyną przebywa tam LeBron James. „Igła (Krzysztof Ignaczak – red.) zdemolował po drodze wszystkie stoły, tak szybko przemieszczał się, by zobaczyć mistrza koszykówki na własne oczy” – mówi Kadziewicz.

 

Takich LeBronów, Djokoviczów, Boltów jest podczas igrzysk całe mnóstwo. A razem z nimi tabuny bezimiennych, niewiele znaczących w hierarchii światowego sportu reprezentantów peryferyjnych krajów, dla których coubertinowska idee samego startu wyznacza im harmonogram kariery. Niby piękno igrzysk, ale przekleństwo zarazem. Nie wierzę, że bez wpływu na wyniki.

 

Jest jeszcze jedna sprawa, która wywraca porządek do góry nogami. Doping. Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę powiedzieć, że niepowodzenia mistrzów (naszych też) to tylko konsekwencja zmasowanych, coraz skuteczniejszych kontroli, które odstraszają potencjalnych koksiarzy, dając szansę mniej znanym i utytułowanym. Ale coś w tym jest, że po sprawie Lance’a Armstronga, która otworzyła wiele innych wątków, świat kolarstwa nagle zaczął być dostępny także dla ludzi spoza hermetycznego grona faworytów. To w kolarstwie emocje zaczęły się na nowo, bo wszyscy mieli wreszcie równe szanse.

 

W Rio De Janeiro nie mamy rosyjskich lekkoatletów. I to właśnie w tej królewskiej dyscyplinie sensacji jest najwięcej. Nawet nie dlatego, że ubyło kandydatów do medali, także dlatego, że mało kto zaryzykuje teraz dopingowy olimpijski wstyd dla doraźnego celu, jakim jest zwycięstwo. Intuicyjnie twierdzę, że jeśli nie dziesięciu, to przynajmniej nastu sportowców zastanowiło się, że może jednak nie warto brać, no chyba że akurat byli to bracia Zielińscy...