Stephan Antiga nie mówił głośno, ale wiedział doskonale, że rywal jest bardzo mocny i trudny do ogrania. Amerykanie znakomicie serwują, mają do perfekcji opanowany atak z drugiej linii (tzw. pipe), najczęściej w wykonaniu Taylora Sandera. No i mają Matta Andersona, kilera jakich mało.

 

Pierwszy set był wyrównany i mógł pójść w obie strony, ale to oni, nie my, go wygrali 25:23. Newralgiczna była druga partia, w której Polacy prowadzili 18:13 i wydawało się, że nic złego stać się im nie może. A jednak się stało. Nasi siatkarze stracili przewagę, rywale wyszli na prowadzenie 22:20 i nie oddali go do końca, wygrywając tego seta do 23, a później cały mecz 3:0.

 

To są tylko suche fakty, ale kryje się za nimi cała historia tego spotkania, które miało otworzyć polskiej drużynie drogę do olimpijskiego medalu. Po raz pierwszy od lat.

 

W 2004 roku w Atenach drzwi do półfinału zatrzasnęli nam Brazylijczycy, w Pekinie, cztery lata później Włosi, choć to my mieliśmy wtedy silniejszy zespół. W Londynie górą byli Rosjanie, którzy wygrali cały turniej. Brazylia w Atenach też była najlepsza, więc są logiczne argumenty na usprawiedliwienie tych porażek. A jeśli Amerykanie staną w Rio de Janeiro na najwyższym stopniu podium, czego nie można przecież wykluczyć, to przybędzie jeszcze jeden przykład, którym będzie można się posłużyć broniąc myśli szkoleniowej Stephane’a Antigi i Philippe’a Blaina.

 

Bo krytyków na pewno będzie sporo i też będą mieć argumenty. I na pewno będą stawiać pytania. Dlaczego trener nie zabrał Marcina Możdżonka, tylko postawił na Piotra Nowakowskiego? - to pierwsze z takich pytań. Dlaczego nie reagował bardziej zdecydowanie, gdy Polacy tracili przewagę w drugim secie. Zawsze można też pytać o zmiany, dlaczego było ich tak mało, gdy pojawiły się problemy.

 

Oskar Kaczmarczyk, statystyk naszej ekipy mówi krótko: rozstrzelali nas zagrywką. A kapitan Michał Kubiak dodaje: my mamy problem z serwisem od dawna. A z Amerykanami trzeba mieć mocne argumenty. Oni tego dnia byli lepsi, taka jest prawda – powiedział Kubiak, który przed igrzyskami zapewniał, że nasi siatkarze lecą do Rio po złoto.

 

W fazie grupowej grali dobrze, przegrali tylko z Rosją 2:3, która już jest w półfinale po wygranej z Kanadą 3:0. Ale ta druga grupa była silniejsza, od dawna było wiadomo, że każdy z rywali w ćwierćfinale będzie bardzo mocny, a wynik niepewny.

 

Później, gdy Włosi nie włożyli zbyt wiele wysiłku w spotkaniu z Kanadą, była szansa, by wylosować ten właśnie zespół, ale więcej szczęścia mieli Rosjanie. Nam przyszło grać z Amerykanami, którzy najwyższą formę szykują zawsze raz na cztery lata, gdy zbliżają się igrzyska.

 

Polacy, co warto podkreślić, mieli wyjątkowo długą i męczącą drogę do Rio. Kwalifikację wywalczyli dopiero w maju w Tokio. Następnie potraktowali treningowo Ligę Światową i przed wylotem do Brazylii niewiele wiedzieliśmy o ich formie. Wygrane w fazie grupowej pozwalały wierzyć, że rośnie i z meczu na mecz będzie coraz lepiej. Ale na najwyższym poziomie te zależności są bardziej skomplikowane, co pokazało przegrane spotkanie z USA.

 

Michał Kubiak wierzy, że ten zespół jeszcze będzie wygrywał wielkie imprezy. – Jesteśmy młodzi, mamy potencjał, by grać lepiej. Za cztery lata Tokio, tam już damy radę – mówił dziennikarzom. – Teraz przez najbliższe dwa sezony będę grał w Japonii, mam nadzieję, że będzie dla mnie szczęśliwa.

 

Prezes PZPS nie odpowiedział konkretnie na pytanie o przyszłość Antigi. Francuski trener naszej reprezentacji twierdzi, że chciałby pracować dalej, za rok przecież mistrzostwa Europy w Polsce, kolejne wielkie wyzwanie i wielka euforia, gdy będzie sukces. A taki jak najbardziej jest realny, ma jednak świadomość, że kontrakt mu się kończy i decyzja zależy teraz od włodarzy związku.

 

Pamiętam jak zwalniano Daniela Castellaniego, który w 2009 poprowadził Polaków do historycznego zwycięstwa w mistrzostwach Europy, by po roku stracić pracę, gdy potknęła mu się noga w mistrzostwach świata. Mam nadzieją, że tym razem, ci którzy będą decydować o przyszłości Antigi i naszej reprezentacji, zastanowią się dłużej.