Grzegorz Michalewski: Gdy rozmawialiśmy przed waszym wylotem do Włoch, można było bardziej wyliczać tych zawodników, którzy z różnych względów nie mogli nawet przygotowywać się do tego wyjazdu. Ta reprezentacja z problemami obudowała się dzięki trenerowi Stanisławskiemu, ewaluowała tam i zagrała zupełnie inna drużyna. Co było momentem przemiany drużyny polskiej?

 

Witold Ziober: Ciężko to nazwać przemianą. Te możliwości i siły cały czas w nas drzemały, tylko trzeba było je z nas wydobyć. Jeśli chodzi o motywację, to nie trzeba było nas specjalnie motywować. My wiemy, że potrafimy, wiemy, że jesteśmy mocni, tylko po prostu czekaliśmy na ten moment. Wiadomo, sukces rodzi się w bólach. Te bóle były na początku, w kadrze było dużo zawodników, były różne mieszanki, dużo tasowania w zespole, ale to właśnie o to chodziło. Pokazaliśmy ten wielki kolektyw. To nie jest grupa dziesięciu osób, to grupa 20-25 osób, które budowały ten sukces i to jest nas wszystkich zasługa.

 

Który mecz był przełomowy, a może było ich kilka? Który pozwolił wam już tak definitywnie uwierzyć w to, że ten cel – taki nierealny na początku - jakim jest wyjazd na mistrzostwa świata, jest realny i w waszym zasięgu?

 

Powiem szczerze, że takim przedsmakiem był mecz z Ukrainą. To spotkanie dodało nam pewności, uwierzyliśmy jeszcze bardziej w to co potrafimy. Kwintesencją tego wszystkiego był mecz z Rosjanami. Wiadomo, trzykrotni mistrzowie świata. Nie ma nawet co tutaj dyskutować – oni byli faworytem całego tego turnieju, od nich oczekiwano najwięcej. Stawiliśmy im czoła, udało nam się nawet to zrobić bardzo skutecznie. Bardzo zdziwieni byli później, już po meczu. Długo myśleli nad tym co się stało, ale wiadomo... przyjechała Polska i po prostu pokazała co potrafi.

 

Cała rozmowa w załączonym materiale wideo.