Nie twierdzę, że frustracja fanów jest niesłuszna. W 16 oficjalnych spotkaniach tego sezonu, Legia wygrała ledwie pięć razy, zremisowała sześć meczów, ponosząc aż pięć porażek. W ekstraklasie zajmuje prawdopodobnie najniższe miejsce (12.) w historii najnowszej, oddała Superpuchar Lechowi Poznań, a Pucharu Polski nie obroni, bo wyeliminował ją z tych rozgrywek pierwszoligowy Górnik Zabrze. Wpadki te były dla kibiców bolesne, ale uchodziły piłkarzom i trenerowi płazem, bo celem głównym był przecież awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów, który z jednej strony spełniałby kumulowane latami aspiracje, ale przede wszystkim stabilizowałby klubową kasę na lata. Rozumiem, że to drugie miało dla fanów mniejsze znaczenie, wydawało się, że taki stan rzeczy jest akceptowalny przez wszystkich. Kiedy jednak zespół dopiął swego, zaczęto rozliczać go z marnego stylu, w jakim to zrobił. Słusznie-niesłusznie, nie wiem, nie ma prawdy uniwersalnej, osobiście wyżej cenię wynik niż styl. Jednak po wylosowaniu Realu Madryt, Borussii Dortmund i Sportingu Lizbona - abstrahując od gigantycznego zainteresowania biletami - puchary stały się nagle mniej istotnym wyzwaniem, priorytetowa stała się liga, która Legii zaczęła uciekać.

 

To kolejny paradoks, który bynajmniej nie jest dowodem na kibicowską aberrację. Jest raczej odbiciem pełnego sprzeczności obrazu polskiej piłki, w którym związane z reprezentacją piękne chwile mieszają się z opartą w dużej mierze na przypadku ligową rzeczywistością oraz pucharową mizerią. Legię te sprzeczności dotknęły. Osiągnęła wyczekiwany dekadami cel, zgarnęła jak na polskie warunki fortunę, ale to wciąż mało, by dokonać milowego skoku jakościowego, który gwarantowałby rokroczną przygodą w pucharowej elicie. To wciąż za mało, by dzielić siły na rodzime rozgrywki i europejską przygodę, pozwalając sobie przy okazji na liczne wyjazdy kadrowiczów. To wciąż za mało, by zatrudnić piłkarzy gwarantujących równe boje z europejskimi hegemonami. To wreszcie wciąż za mało, by sięgnąć po trenera z najwyższej półki, który dałby gwarancję wyników choćby na krajowym podwórku.

 

Doszliśmy tym samym do Besnika Hasiego, kolejnego już zagranicznego trenera, którego próbuje Legia. Warto rozpocząć od tego, że poprzedni byli raczej mniej niż bardziej udani, a mimo to dali klubowi najtłustszy w sukcesy czas licznych trofeów i regularnych gier w Lidze Europy. Ot, kolejny paradoks. Albańczyk miał z kolei łączyć najlepsze cechy Henninga Berga i Stanisława Czerczesowa, a może i Jana Urbana. Wraz ze sztabem kosztował krocie, zresztą nietani byli i wspomniani wcześniej. Na razie wygląda na to, że jest nieporozumieniem, nawet nie ze względu na ubogie kompetencje, ale relacje z drużyną, bo te akurat widoczne są bez konieczności zaglądania za kulisy.

 

Hasiego większość fanów z Łazienkowskiej wywiozłaby na taczkach, może przy okazji również kadrę zarządzającą klubem. Nie mam zamiaru być adwokatem właścicieli klubu, ale mimowolnie stali się zakładnikiem coraz lepszych wyników. Podejmują ryzyko, chcąc wspiąć się na jeszcze wyższy poziom, i choć wygląda, jakby kluczyli, osiągają sukcesy, o jakich jeszcze niedawno rzesza fanów z Łazienkowskiej nawet nie śniła.

 

Rozumiem doskonale, że ci wierni fani nie dopuszczają porażki w żadnym wymiarze, tym bardziej w pozbawionej wielkiej piłkarskiej historii Niecieczy czy Łęcznej. Przyjmuję też, że co większym fantastom marzy się, by Legia stała się nagle klubem europejskiej czołówki, spójrzmy jednak prawdzie w oczy. Nie odnosząc się do oczywistości, że porażka jest tak samo elementem sportu jak i triumfy, poza krajami, które w klubowych rankingach są na topie, nie ma przykładów starannie zaplanowanych, uwieńczonych sukcesami pucharowych karier od zera do bohatera. Choć wyjątek zawsze się zdarzy (osiem występów z rzędu w LM Rosenborga Trondheim), z reguły były to jednorazowe występki, z których kasa została albo skonsumowana, albo wydana niewłaściwie. Albo – i to Legii wariant najbliższy – było tego zbyt mało, by zawojować Europę.

 

Legia w skali kraju stała się niekwestionowaną potęgą, jej przewaga organizacyjna i finansowa nad resztą polskich klubów jest miażdżąca, awans do Ligi Mistrzów przepaść tę tylko pogłębia, ale to zarazem dopust boży, w którym jest się skazanym na brak spektakularnych sukcesów w Europie, i dobicie do sufitu, który trudno przebić. Nawet przy zminimalizowaniu ryzyka biznesowym kanonem zachowań, w futbolu nie na najwyższym poziomie trzeba zdać się także na szczęście. Czy to w losowaniu, jak w tym roku Legia, czy to w wyborach personalnych piłkarzy i trenera w granicach możliwości finansowych. Kibice piszą z wyrzutem, dlaczego nie wzięliście porządnego trenera. Co to znaczy porządnego? Z perspektywy Legii (myślę o tej finansowej) trudno znaleźć choćby przewidywalnego, bo każdy zagranicznych szkoleniowiec, mimo zdobytych referencji, jest w polskich warunkach absolutną zagadką. Umówmy się, że wielu powodów na polskim rynku nie ma zbyt wielu trenerów, którzy mogliby Legię prowadzić. Poza Michałem Probierzem i ze zrozumiałych powodów Jackiem Magierą (klub inwestował w niego latami), może w sytuacji awaryjnej Janem Urbanem, mistrz Polski jest w sytuacji, w której musi szukać poza krajem. A tam rynek jest zsegmentowany, Legię stać na Hasiego czy Berga (już nawet nie na Czerczesowa), a każdy wybór wiąże się z ryzykiem.

 

Nie potrafię ocenić, tym bardziej nie potrafiłbym zdecydować za własne pieniądze, czy Hasiego należy teraz zwolnić. Wiem jedno, że Legia pada ofiarą własnego sukcesu. Ofiarą w kategorii stabilizacji i spokoju, jaki w sporcie i tak jest towarem deficytowym. Fakty są takie, że w najbardziej udanym roku w historii klubu Legia przeżywa zarazem jeden z największych kryzysów ostatnich lat. Dobre wiadomości są takie, że ta łaska kibiców na bardzo pstrym koniu jeździ. Wystarczy udany mecz z Borussią Dortmund i emocje opadną.