Łukasz Majchrzyk: 20 lat minęło jak jeden dzień. Wspomnienia o Lidze Mistrzów wracają?

Jerzy Podbrożny: Wtedy były zupełnie inne czasy, w tamtej Lidze Mistrzów grali sami mistrzowie krajów, a teraz mamy nawet 3-4 drużynę w tabeli. Na pewno wtedy był pierwszy, historyczny awans. Dobrze się stało, że chociaż po 21 latach udało się ponownie wywalczyć awans.

Mam wrażenie, że chociaż mieliście do przejścia tylko jedną rundę, to wasza droga do Ligi Mistrzów była trudniejsza niż teraz, bo IFK Goeteborg było wtedy na najwyższej, europejskiej pólce.

Mieliśmy zdecydowanie trudniej, bo Goeteborg był zespołem, który co roku kwalifikował się wtedy do Ligi Mistrzów. Przed losowaniem, na zgrupowaniu, mówiliśmy do prezesa "żeby tylko nie trafić na Goeteborg". Przyjechał do nas z wieścią, że właśnie na Szwedów trafiliśmy. Co było robić? Trzeba było wyjść i grać. Udało się, bo graliśmy wtedy jak równy z równym.

Rzut karny w Warszawie, to najważniejszy strzał w karierze?

Ciężko powiedzieć, na pewno jeden z ważniejszych, bo przybliżył nas do upragnionej Ligi Mistrzów. Może ważniejsza była późniejsza bramka z Blackburn? Te punkty pomogły nam wyjść z grupy. Trochę ważnych bramek zdobyłem.

Mam wrażenie, że tamta Legia była dużo spójniejsza jako grupa ludzi niż ta obecna.

Był kolektyw, byliśmy drużyną. Można się było pokłócić na treningu, a czasami nawet pobić, ale nigdy nie było, żeby na boisku ktoś się na kogoś obraził, że nie dostał podania, albo nie pobiegł do obrony. Naprawdę byliśmy drużyną z charakterem. Na boisku byliśmy jak muszkieterowie "jeden za wszystkich".

Wrócą też pewnie wspomnienia meczów z Panathinaikosem. Trener Paweł Janas powiedział chyba, że trenowaliście na trawie, żeby zagrać na błocie.

Przygotowywaliśmy się na zgrupowaniu we Włoszech, na dobrych boiskach, w dobrych warunkach. Wróciliśmy do Polski i trafiliśmy na mróz, boisko zmrożone. Trzeba je było rozmrażać, sypana była sól, płyta nie nadawała się do gry. Nie wszystko udało się rozmrozić, nie wiadomo było, jakie buty dobrać, żeby się utrzymać na nogach. Trzeba było tamto spotkanie przełożyć. Gdybyśmy grali na normalnym boisku, to u siebie na pewno byśmy wygrali.

Dzisiejsza Legia jest kadrowo najmocniejsza w Polsce, ale dystans do Euroy się chyba zwiększył?

Widać to nawet po wynikach meczów ligowych, że nie są w optymalnej formie, kolejna porażka w lidze. Nie wiadomo, co się dzieje z tym zespołem.

Jakiś punkt się uda zdobyć?

Przykro tak mówić, ale sądzę, że Legia zdobędzie jeden punkt, w ostatniej kolejce. Zobaczymy. Oby było inaczej. Wydaje mi się, że Legia powinna się w końcu zjednoczyć, ale o to będzie bardzo trudno, bo jest wielu obcokrajowców. U nas nie było żadnego cudzoziemca, może było nam łatwiej? Wydaje mi się też, że były większe indywidualności, mieliśmy większe umiejętności niż dzisiejsza Legia. Taki środek pomocy, jaki my mieliśmy wtedy, to dzisiejszej Legii sporo brakuje.

Pamięta pan komentarze w szatni po losowaniu grup? Okazało się, że zmierzycie się z Blakcburn, Spartakiem, Rosenborgiem. Były obawy przed mistrzem Anglii i Rosji?

Blackburn miało w składzie: Alana Shearera, Chrisa Suttona, Colina Hendry'ego, Tima Flowersa. Spartak co roku grywał w LM, nikt stamtąd nie chciał wyjeżdżać za granicę. Myśli były różne, ale trzeba było wyjść na boisko i zagrać.

Wyobrażam sobie, że po remisie Borussią cały kraj wpadnie w ekstazę. Od Legii wymagano wtedy punktów?

Kiedyś na Legię patrzono inaczej, każdy się tej drużyny obawiał. Dziś nikt się Legii nie boi. Kiedyś, jeśli szybko padła pierwsza bramka, to mogło się skończyć stratą trzech, czterech, pięciu goli.