29 letni Ukrainiec fizycznie prezentuje się znakomicie. Wysoki (190 cm), bez zbędnych kilogramów, uśmiechnięty i pewny siebie, widać gołym okiem, że jest przekonany o swojej wygranej. To typ zwycięzcy. Był mistrzem Europy, mistrzem świata, zdecydowanie pokonał rywali w drodze po olimpijskie złoto cztery lata temu na igrzyskach w Londynie. Później świetnie radził sobie w rozgrywkach WSB (World Series of Boxing), choć bywało, że walczył z przeciwnikami znacznie cięższymi od siebie.

 

Teraz stanie jednak przed największym wyzwaniem w karierze. Stawką w jego dziesiątym, zawodowym pojedynku będzie bowiem tytuł mistrza świata wagi junior ciężkiej należący do Polaka.

 

Krzysztof Głowacki był w podobnej sytuacji rok temu, gdy przystępował do walki z Marco Huckiem w Newark. Nie miał wprawdzie za sobą tak bogatej w sukcesy kariery amatorskiej, ale tak jak teraz Ukrainiec głęboko wierzył, że wróci do domu z mistrzowskim pasem, należącym wtedy do Hucka. I dokonał tego, jak pamiętamy, w dramatycznych okolicznościach. Leżał na deskach, był na skraju nokautu, ale pokazał niezłomny charakter. Wstał i zmusił do odwrotu mistrza świata. Finisz „Główki” był niesamowity, a zdjęcia, gdy znokautowany czempion wisi na linach obiegły cały świat.

 

Pierwsza obrona tytułu, też w USA, w Nowym Jorku, w kwietniu tego roku wcale nie była łatwa, choć Steve Cunningham najlepsze lata miał już za sobą. Polak miał za to problemy zdrowotne, wcześniej mocno się przeziębił, później zatruł tuż przed pojedynkiem. Ale w ringu nie było tego widać. Cunningham, były mistrz świata  tej kategorii, padał na deski cztery razy, ale twardo bił się do samego końca, szczęśliwego dla Głowackiego.

 

Teraz naszemu jedynemu mistrzowi przyjdzie się zmierzyć się z rywalem, który jeśli chodzi o umiejętności wydaje się być najlepszy z tej trójki. Ale Polak nie dopuszcza do siebie myśli, że może przegrać i stracić pas. Niedawno urodziła mu się druga córka, jest zmotywowany jak nigdy. O walce mówi niewiele, ale możemy być pewni, że zrobi wszystko, by wygrać. A ma mocne argumenty w pięściach i Usyk o tym wie.

 

Takiego walki jeszcze w Polsce nie było. Owszem, Krzysztof „Diablo” Włodarczyk bił się na polskiej ziemi o tytuły sześciokrotnie i tylko raz przegrał (ze Steve’em Cunninghamem w rewanżu), ale w każdej z walk czegoś brakowało, by określić ją wielką. O pas WBC w wadze ciężkiej walczył we Wrocławiu Tomasz Adamek z Witalijem Kiczką, ale w tym przypadku wynik był łatwy do przewidzenia, choć atmosfera towarzysząca temu wydarzeniu była wyjątkowa, niespotykana wcześniej. W Polsce mistrzowskiego tytułu WBO w wadze półciężkiej bronił też Dariusz Michalczewski, ale Joey DeGrandis był jednym z najsłabszych jego rywali.

 

A Usyk (9-0, 9KO) to dziś wielka gwiazda na Ukrainie, pięściarz z ogromnym potencjałem, który chce kiedyś spróbować swych szans w najcięższej kategorii. Ma jednak świadomość, że jeśli przegra z Głowackim, to jego  kariera może się jeśli nie załamać, to na pewno wyraźnie zwolnić.

 

Na taryfę ulgową liczyć jednak w sobotę nie może. Krzysztof Głowacki (26-0, 16 KO) tylko z pozoru sprawia wrażenie łagodnego. W ringu jest bezlitosny, o czym boleśnie przekonał się chociażby Marco Huck, którego Polak brutalnie zdemolował. W sobotę to samo może zrobić z Usykiem, jeśli tylko Ukrainiec popełni błąd i da mu taką szansę.