Kilka miesięcy temu dzwonił po śmierci Wiesława Rudkowskiego, srebrnego medalisty olimpijskiego i mistrza Europy, naszego wspólnego przyjaciela. Nie mógł przylecieć z USA na jego pogrzeb, choć bardzo mu na tym zależało.

 

Przed laty Piotrek, który współpracował w Kronk Gym z legendarnym Emanuelem Stewardem, zaprosił Wieśka do Detroit. Rudkowski był już trenerem w warszawskiej Legii, poleciał tam dorobić trochę grosza. Mieszkał wtedy u późniejszego zawodowego mistrza wagi superśredniej, Frankie Lilesa. I omal nie nabawił się ciężkiej nerwicy, bo Liles miał w swoim mieszkaniu ogromnego pytona, który czasami wychodził z terrarium.

 

Piotra poznałem ponad ćwierć wieku temu. Temat naszych rozmów najczęściej był jeden, godzinami mówiliśmy o boksie. On znał najważniejszych ludzi z branży, ja opowiadałem mu o naszych, polskich talentach. Kiedy chwaliłem Dariusza Michalczewskiego i mówiłem, że będzie zawodowym mistrzem świata twierdził, że to niemożliwe. Później, gdy „Tygrys” pokonał pewnie w Hamburgu jego znajomego z Kronku, Leeonzera Barbera, zmienił zdanie.

 

Miał nadzieję, że po mistrzowski tytuł w boksie sięgnie też prowadzony przez niego Marek Piotrowski, w swoim czasie król kickboxingu. Byli bliscy celu, niestety ambitne plany pokrzyżowała choroba Marka. Wyniki badań, które dawno temu pokazał mi w Las Vegas Piotrek, nie pozostawiały wątpliwości, że kariera Piotrowskiego jest skończona, a walka o mistrzowski pas z Reggie Johnsonem, która była przecież na wyciągnięcie ręki, nierealna.  Ale to Pożyczka powiedział wtedy: rezygnujemy. Nie myślał o pieniądzach, tylko o zdrowiu Marka.

 

Pod koniec lat 90–tych spotykaliśmy się przy okazji wielkich walk w USA. Głośny pojedynek Oscara De La Hoyi z Felixem „Tito” Trinidadem w Mandalay Bay komentowaliśmy wspólnie. Obok siedział pracujący wtedy dla australijskiej telewizji Jeff Fenech, legenda boksu z Antypodów, a kilka rzędów za nami wielkie gwiazdy z Hollywood.

 

Kilka dni wcześniej odwiedziliśmy w Los Angeles Lilesa, którego Piotrek wtedy trenował. Mieli kontakt do końca, ostatnio Frankie pracował z Freddie Roachem, siłą rzeczy Piotrek często wpadał wiec do Wild Card Gym, jeśli tylko przebywał w Kalifornii.

 

Piotrek był człowiekiem, który kochał boks. Jeszcze jako młody chłopak uczył się go w warszawskiej Polonii, a po wyjeździe do USA, gdzie spędził ponad trzydzieści lat, najwięcej skorzystał na współpracy ze Stewardem. Miał ogromną wiedzę, znał środowisko, najważniejszych ludzi. Kiedy Andrzej Gołota walczył w Detroit z Tysonem, poznał mnie z  jednym z trenerów „Żelaznego”.  Nigdy nie zapomnę jak  ten powiedział całkiem serio, że Gołotę wyniosą z ringu w czarnym worku. Ani mnie, a ni Piotrkowi nie było wtedy do śmiechu.

 

Ale Piotrek pożartować lubił. Do legendy przeszła nasza wspólna wyprawa do Tombstone, przy okazji komentowanej z Przemkiem Saletą walki: De La Hoya – Patrick Charpentier w El Paso w 1998 roku. Do znanego ze słynnych westernów miasteczka na Dzikim Zachodzie, Saleta nie chciał jednak z nami jechać. Następnego dnia, skoro świt, mieliśmy przecież samolot do Dallas i dalej przez Miami i Nowy Jork do Warszawy.

 

Czasu faktycznie mieliśmy niewiele. A Piotrek, jak to Piotrek nic sobie z tego nie robił. Dla niego nigdy nie było problemu. Nic dziwnego, że powrót do El Paso był szalony, ostatecznie zdążyliśmy wrócić w porę, łamiąc jednak wszystkie możliwe przepisy drogowe. Przemek już czekał przed hotelem, była 3.30 rano. Samolot odlatywał za dwie godziny.

 

Piotrek Pożyczka miał pasjonujące, ale tez mocno skomplikowane życie. Ostatnio wydawało się, że poradził sobie z trudnościami, że pokonał  kłopoty zdrowotne. Miał wiele planów na przyszłość. Nawet nie wiedział, że Mateusz Borek chciał go wciągnąć w ciekawy, bokserski projekt. Odszedł nagle, nie będzie już z kim przegadać całą noc. Oczywiście o boksie.