Robert Murawski: W 2011 roku wstrząsnął Pan polską piłką, ujawniając nagrania kompromitujące działaczy PZPN…

 

Grzegorz Kulikowski: To już zamknięty rozdział!

 

Co się z Panem działo w ostatnich latach? Dlaczego zrezygnował Pan z futbolu?

 

Przyczyn było kilka. Od 2006 roku zajmowałem się szkoleniem dzieci w piłce nożnej. Nasza akademia, jako jedyna w Warszawie i jedna z nielicznych w Polsce, nie pobierała żadnych opłat. Wszystkie wyjazdy na turnieje oraz sprzęt były za darmo. Zapewnialiśmy dobrych szkoleniowców, bo pracowali u nas tacy fachowcy jak Edward Klejndinst, czy trener bramkarzy Andrzej Krzyształowicz. Włożyłem w ten projekt dużo pieniędzy. Duże kluby, jak Lech czy Legia, według mnie nie mają szkolenia. Mają tylko nazwę, dzięki której wyciągają najlepszych zawodników z mniejszych klubów. Być może w Lechu można jeszcze mówić o szkoleniu dzieciaków, bo jeśli chodzi o Legię, to mogę śmiało powiedzieć, że go nie ma. Z rocznika 1997, z którym ja zaczynałem pracę, nie widzę zawodników, którzy by się przebili. Niby stworzyli wielką akademię, nazbierali dzieci w wieku siedmiu, ośmiu lat, robili testy, zatrudnili supertrenerów, a potem bazowali na obserwacji czternasto-, piętnastolatków w kadrze Mazowsza, czy reprezentacji Polski i wyciąganiu co lepszych piłkarzy z innych klubów. To gdzie tu szkolenie?

 

Zaborcza polityka gigantów przyczyniła się do zamknięcia Pańskiego projektu?

 

Do mnie trafiały dzieci, które nie dostały się do Legii i Polonii. W momencie, gdy pięciu czy sześciu moich piłkarzy trafiło do reprezentacji juniorskich, od razu rozpoczął się wokół tych dzieciaków ruch. Dam jeden przykład. Leon Jankowski – rocznik 1998, bramkarz juniorskiej kadry. Odejście takiego zawodnika w wieku piętnastu lat do klubu ekstraklasy to dla mnie zysk około 4000 złotych, do klubu niższej ligi – 1500. Ja mu zapewniałem treningi z takimi fachowcami jak trener Krzyształowicz i inni szkoleniowcy, którym musiałem zapłacić po 3500-4000 złotych na miesiąc, do tego dochodziło opłacenie wyjazdów zagranicznych, wynajęcie hali przy ulicy Księcia Bolesława, żeby zimą było gdzie ćwiczyć... Jakby to wszystko zsumować, to wyjdzie, że przez cztery-pięć lat szkolenia tego dzieciaka włożyłem w niego około 100000 złotych. Ja zakładałem, że będę szkolił młodzież do tego wieku, w którym po raz pierwszy gra się o mistrzostwo Polski. Później wychowankowie mieli startować do dorosłej piłki w innych klubach, gdyż nie miałem w planach prowadzenia drużyny w rozgrywkach seniorów. Przy okazji my mieliśmy wyrobić sobie jakąś markę szkoleniową i wszyscy byliby zadowoleni.

 

Ten plan jednak nie wypalił?

 

Gdy zebraliśmy się na zgrupowaniu przed najważniejszym sezonem, w którym po raz pierwszy mieliśmy grać o tytuł mistrza Polski, nagle okazało się, że brakuje pięciu podstawowych zawodników. Jeden z nich - drugi bramkarz - trafił do Wisły Kraków. Co ciekawe, Jankowski jeszcze się pojawił, ale wieczorem odebrałem telefon od jego rodziców. Mama Leona mówi: "Panie prezesie, mojego syna nie będzie jutro na treningu, bo idzie na testy do Legii". I teraz taka sytuacja: pięć lat pracy i w najważniejszym momencie dla klubu i dla tych chłopców zostajemy bez bramkarza... W tym momencie Legia chciała dać 4000 za tego zawodnika...

 

...przy 100000 złotych, które Pan w niego zainwestował?

 

Tak. Legia zaprosiła go na testy z pierwszą drużyną. Po co zapraszać piętnastolatka na trening pierwszej drużyny? Nie sprawdzili nawet, czy dzieciak jest ubezpieczony, nie powiadomili klubu, ale nikt się tym nie przejmował. A gdyby przez przypadek złamał rękę? Przecież Legia by go wtedy nie wzięła i pięć lat szkolenia poszłoby na marne. Bardzo często funkcjonuje to w ten sposób, że wystarczy zaprosić rodziców na lożę VIP i już dzieciak jest ich.

 

Jankowski trafił jednak ostatecznie do Hoffenheim...

 

Na szczęście udało mi się zablokować ten transfer do Legii. Trzy miesiące wcześniej wysłałem jego rodzicom propozycję kontraktową. Oczywiście jej nie podpisali, być może zakładali, że za chwilę zgłosi się po ich syna Chelsea czy Barcelona. Przepis jednak mówił, że jeśli kontrakt był wysłany listem poleconym, a rodzice go nie podpisali, za piłkarza należy się taki ekwiwalent, jak za gracza kontraktowego.

 

W przypadku reprezentanta było to jakieś 80000 złotych. Legia nie chciała tyle wydać, ale odezwał się Hoffenheim. Oni zaproponowali 15000 euro, ja powiedziałem: "Nie. Mało panowie, to jest reprezentant Polski." Rodzice zniecierpliwieni, że rozmowy się przeciągają, wysłali mi faks, że wypowiadają umowę o szkolenie dziecka. Niemcy zachowali się jednak profesjonalnie i nie chcieli rozmów bez udziału poprzedniego klubu. Ostatecznie chłopak trafił do Hoffenheim, który podpisał z nami korzystną umowę. Dostaliśmy 40000 euro, a kolejne pieniądze dostaniemy, gdy piłkarz podpisze zawodowy kontrakt, następnie gdy rozegra przynajmniej pięć spotkań w barwach Hoffenheim oraz mamy zapewnione 5% z kolejnego transferu. Tak to ja mogę szkolić, niestety transfer Jankowskiego do Niemiec to jedyny taki przypadek, bo polskie kluby tak nie działają.

 

Rozumiem, że w innych przypadkach było znacznie gorzej?

 

Podam panu inny przykład. Adam Ryczkowski. Wypatrzyłem go na jakimś turnieju. Opłacałem mu zajęcia i w środy trenował w Węgrowie, a w weekendy w Warszawie. Mama wsadzała go do busa i odbieraliśmy go spod Pałacu Kultury. Zapewniałem mu nocleg, w piątki i soboty trenował, a po treningu odwoziłem go na autobus. Pewnego dnia dowiedziałem się, że Ryczkowski jest już piłkarzem Polonii Warszawa. Wcześniej podpisałem umowę cywilno-prawną z rodzicami na szkolenie zawodnika. Według niej, jeśli zawodnik odejdzie z klubu przed ukończeniem osiemnastego roku życia, rodzice zwrócą mi 50 procent poniesionych kosztów według faktur, bo ja za wszystko płaciłem. Wie pan, co sąd na to powiedział? Dziecko to nie jest rzecz i nie można mu zabronić zmiany barw klubowych. Teraz się mówi, że to wychowanek Legii, bo później, w wieku szesnastu lat do nich trafił. W podobnym wieku ściągnęli Borysiuka, Wolskiego, Żyro. Możemy tak wymieniać po kolei. Który z nich był zawodnikiem Legii od małego?

 

Nie chciał Pan dłużej dokładać do interesu?

 

Wydawało mi się, że taki klub jak mój jest potrzebny. Zatrudniłem dobrych trenerów i woziłem dzieciaki do Hiszpanii, Portugalii, Chorwacji... Chciałem, żeby cały czas zapoznawali się z różnymi stylami gry. Co z tego, że Legia, czy inny czołowy klub w danym regionie, zbierze najlepszych chłopaków z województwa, a oni potem nie mają z kim grać, nie mają w okolicy wymagającego przeciwnika. Wygrywają z rywalami po 17:0, ale w ten sposób się nie rozwijają. Potem jadą do innego kraju i w starciu z mocną ekipą nie są w stanie przejść połowy, bo tam nie da się minąć trzech rywali, jeszcze się rozejrzeć i zastanowić komu podać piłkę...

 

Był jeszcze jeden aspekt. Niestety, nie jestem pokorny, przez co nie mam szczęścia do działaczy. Trzykrotnie zostałem pozbawiony gry w finale mistrzostw Mazowsza.

 

Mam wrażenie, że Pański klub prześladowało jakieś fatum…

 

Mogę opowiedzieć panu ze szczegółami. Pierwszy raz to była ewidentnie moja pomyłka, przyznaję. Popełniłem błąd przy zgłoszeniu piłkarza - Radosława Piątka. Po trzech kolejkach ktoś o tym doniósł i dostałem wezwanie do MZPN, gdzie oznajmiono mi, że ten dzieciak nie może grać, bo będą walkowery. Ja im na to: "Panowie, to jest mój błąd, uzupełnię dokumentację, ale to przecież nie jest piłka seniorska. Ten chłopak powinien się uczyć grać. My gramy o przyszłość tych dzieci, czy o wynik?" Nie doszliśmy do porozumienia, więc powiedziałem: "Dobrze, dawajcie walkowery, a on będzie grał, bo ważniejsze jest szkolenie, niż wynik". No to dali. Z Legią przegraliśmy u nich 0:4, wygraliśmy na własnym boisku 9:1, ale przegraliśmy ten mecz walkowerem i w finale zagrała Legia z Polonią.

 

Rok później graliśmy w jednej grupie z Polonią. U nich przegraliśmy 1:3, u nas wygraliśmy 3:1. Polonia miała jeszcze jedną wpadkę, w efekcie na koniec my mieliśmy 63 punkty, oni 60. W związku z tym powinniśmy grać z Legią o mistrzostwo. Trzech moich zawodników nie zgłosiło się na konsultacje kadry Mazowsza. Podkreślam: nie na mecz, na konsultacje. Zorganizował je trener Mosór i miały się odbyć w środku tygodnia. Co ciekawe, to rodzice powiadomili mnie o sprawie, z powodu szkoły zabronili tym chłopakom udziału i napisali stosowne pismo do mazowieckiego związku. Kolejny mecz, rozegrany w sobotę, przegraliśmy walkowerem z powodu udziału w nim tych zawodników.

 

Odwoływał się Pan od tej decyzji?

 

Oczywiście. Na posiedzeniu Wydziału Dyscypliny zapytałem się: "Panowie, jaki jest tryb powoływania piłkarzy na kadrę Mazowsza?". "Zadzwoniłem do kliku zaprzyjaźnionych trenerów..." - odpowiedział mi trener Mosór. To ja go pytam: "Panie, od kiedy trener jest stroną w postępowaniu? Czy klub został powiadomiony o powołaniu na konsultacje? Chyba nie, bo ja się dowiedziałem od mamusi". Początkowo przyznano mi rację, ale Wydział Gier złożył odwołanie od tej decyzji i sprawę rozpatrywano ponownie. Tym razem zebrała się cała śmietanka pezetpeenowska: Kryszczuk, Petkowicz... Skończyło się walkowerem, zrównaliśmy się punktami z Polonią. Zadzwonili do mnie ze związku, żebyśmy rozegrali dodatkowy mecz z Polonią. To ja im tłumaczę, że odwołałem się od tej decyzji, a kolega Malinowski z PZPN nie rozpatrzył tego odwołania, zresztą do dziś nie zostało ono rozpatrzone. Więc pytam się, co będzie jeśli ten mecz przegram, a moje odwołanie zostanie rozpatrzone pozytywnie? Będzie dwóch mistrzów? Więc przesunęli termin meczu, miał się odbyć w późniejszym terminie. Wtedy zapytałem się, w jakich składach zagramy, bo przecież w lipcu wymieniają się składy... W końcu ten mecz się nie odbył.

 

Trzeci przykład. Mieliśmy grać mecz z Miętnem. Zgodnie z przepisami, na dwa tygodnie przed spotkaniem powinniśmy znać miejsce meczu i godzinę. W regulaminie było napisane, że jeżeli na pięć dni przed meczem nie ma informacji na temat daty i miejsca spotkania należy wysłać zapytanie do MZPN. Ponieważ Miętne mnie nie zawiadomiło, wysłałem takie zapytanie. Otrzymałem odpowiedź, że mecz jest w poniedziałek o godzinie 15.00. Regulamin stanowił, że jeżeli mecze są w sobotę i w niedzielę, są obligatoryjne, natomiast w piątek i poniedziałek mogą się odbyć za zgodą drużyny przeciwnej. Ja im odpisałem, że nie wyrażam zgody na grę w Miętnem w poniedziałek po południu, bo musiałbym zwolnić dzieci na cały dzień ze szkoły. Oczywiście przyznano walkower, więc zapytałem dlaczego? Okazało się, że w regulaminie był zapis, że sprzeciw mogę złożyć na siedem dni przed meczem. Rozumie pan: jak można żądać, żeby na pięć dni przed meczem złożyć zapytanie, a na siedem dni przed sprzeciw... Totalny absurd. Potem zmienili ten przepis w regulaminie. Ja takich głupot im nałapałem więcej.

 

Nie był Pan ulubieńcem związkowych działaczy?

 

Niektórzy dostawali na mój widok białej gorączki. Modlili się, żebym już tam nie przychodził i im nie zawracał głowy. Nie byłem lubiany z kilku powodów. Po pierwsze: nie dałem się robić w trąbę z przepisami. Po drugie: u mnie dzieciaki nie musiały za nic płacić i po trzecie: z tego klubu piłkarze trafiali do reprezentacji. Na niektórych taki klient działa jak przysłowiowa płachta na byka. Po jakimś czasie miałem już jednak dość i po takich przejściach z rodzicami, przepisami i działaczami wyciągającymi mi zawodników z klubu, skończyłem ze szkoleniem piłkarzy.

 

Skąd wziął się pomysł na siatkówkę?

 

Pomyślałem sobie, że może spróbuję z tą dyscypliną. W stolicy nie było żeńskiej drużyny na wysokim poziomie, jest tylko męska – AZS Politechnika, pojawiła się więc szansa na wypełnienie tej luki. Tak w 2014 roku powstała Wisła Warszawa.

 

Gdy rozmawiałem z Panem w końcówce poprzedniego sezonu, w czasie gdy Wisła Warszawa złożyła wniosek o przyjęcie do Orlen Ligi, kreślił Pan szeroko zakrojone plany rozwoju klubu, łącznie z budową nowej hali. Jak wygląda teraz realizacja tych zamierzeń?

 

Wygląda na to, ze te plany mogą się skończyć na tym sezonie. Problem powstał na linii związek - nasz klub. Zakładając grę w ekstraklasie w przyszłości nie zwróciłem uwagi na to, że fundacji nie można przekształcać. Wymogiem gry w Orlen Lidze jest bycie spółką akcyjną. W związku z tym stanęliśmy przed dylematem, czy przystąpić do rozgrywek I ligi, czy też wycofać klub do II ligi i zacząć wszystko od początku.

 

Podpatrzyłem, jak to robią inni. W 2013 roku Chemik Police ubiegając się o Orlen Ligę też był fundacją. Skorzystałem z dobrego wzorca i stworzyłem spółkę akcyjną, w której udziały objęła Fundacja Wisła Warszawa. W wyniku procesu licencyjnego spółka akcyjna Wisła Warszawa otrzymała licencję na grę w pierwszej lidze, dla pewności poprosiliśmy o oficjalne pismo z PZPS i takie pismo otrzymaliśmy. Po otrzymaniu potwierdzenia zawarliśmy umowy kontraktowe z zawodniczkami, zajęliśmy halę i zawarliśmy umowy sponsorskie. Nagle, po zawarciu tych wszystkich umów, komisja licencyjna zwróciła się do nas z informacją, że poświadczyliśmy nieprawdę, ponieważ jesteśmy winni pieniądze jednej z zawodniczek.

 

No właśnie, o co chodzi w sprawie Nikoliny Kovačić?

 

Komisja Licencyjna nie wzięła pod uwagę, że spór z Nikoliną Kovačić dotyczy Fundacji Wisła Warszawa, a nie spółki akcyjnej, która otrzymała licencję na grę w I lidze. Przede wszystkim należy jednak zacząć od tego, że Nikolina Kovačić nigdy nie była naszą zawodniczką, była u nas jedynie na testach przed sezonem 2015/16. Nie podpisaliśmy żadnej umowy, a jej menedżer zgłosił do CEV, że zalegamy jej pieniądze.

 

Dlaczego ją odstrzeliliście przed sezonem?

 

W czerwcu 2015 roku zadzwonił do mnie menedżer z informacją, że może nam zaoferować reprezentantkę Chorwacji. Powtarzam jego słowa, choć on się później tego wyparł, że jest to zawodniczka na pierwszą czwórkę Orlen Ligi. Po zgrupowaniu, wraz z trenerem Mirosławem Zawieraczem mieliśmy pewność, że ta siatkarka nie reprezentuje odpowiedniego poziomu.

 

Menedżer przekonał nas jednak, żebyśmy jeszcze dali jej szansę, że dziewczyna miała przerwę i że w sparingach pokaże klasę. To był nasz błąd. Pamiętam mecz z drugoligową Mazovią, zagrała koszmarnie i we wrześniu jej podziękowaliśmy, nie podpisując kontraktu.

 

Jeśli menedżer zgłosił sprawę do CEV, to znaczy, że miał na to jakiś papier.

 

Decyzja urzędnika została podjęta na podstawie, cytuję dosłownie: "rachunku prawdopodobieństwa i stosując ogólne zasady sprawiedliwości i słuszności, bez odniesienie do żadnego konkretnego prawa krajowego lub międzynarodowego". Czy to oznacza, że CEV leży w przestrzeni kosmicznej? Czyli urzędnik CEV sobie usiadł i stwierdził: "mnie się wydaje, że ona powinna mieć umowę". Więc zgodnie ze sprawiedliwością społeczną niech jej dadzą 10 tysięcy euro, ale zgodnie z prawem to jej nie powinni tego dać, stąd adnotacja: "bez odniesienie do żadnego konkretnego prawa krajowego lub międzynarodowego". Cyrk na kółkach.

 

Gdyby była umowa, to urzędnik wydałby decyzję nie w oparciu o "rachunek prawdopodobieństwa", tylko w oparciu o umowę. Jeżeli pani Kovačić mówi, że miała umowę, że została przez nas skrzywdzona, to w tej sytuacji taka umowa byłaby zawarta na polskim prawie. Może więc iść do sądu i udowodnić, że została zawarta. Jeśli bym się z niej nie wywiązał, poniósłbym konsekwencje według polskiego prawa. Wtedy mogłaby zawiadomić CEV, podpierając się wyrokiem sądu. Sąd może zbadać taką sprawę dokładnie, przesłuchać świadków pod odpowiedzialnością karną za składanie fałszywych zeznań, przeprowadzić badania grafologiczne. CEV takiej możliwości nie ma.

 

Zawodniczka twierdzi jednak, że klub podpisał z nią kontrakt?

 

Kovačić kilkakrotnie zmieniała treść swych opowieści. Np. poinformowała CEV, że podpisałem z nią umowę 6 lipca 2015, tymczasem 13 lipca jej agencja wysłała do Magdaleny Saad prośbę o przesłanie wzoru umowy, bo zawodniczka była ciekawa, jakie klub oferuje warunki. Wzór umowy został jej przesłany. Później, gdy zaproponowałem wyjaśnienie sprawy w sądzie, agent zawodniczki pan Roberto Mogentale przestał już do mnie pisać, od tego momentu zacząłem dostawać pisma od pani Kovačić.

 

Absurdem jest to, że w imię "zasad sprawiedliwości" zawodniczka, która nie miała z nami żadnej umowy ma dostać 10 tysięcy euro. Mam zapłacić taką kwotę, bo komuś tak się wydaje. Tymczasem klubowi grozi odebranie licencji, a w tej sytuacji 14 zawodniczek zostanie na lodzie, bez pensji, pracę straci również sztab trenerski, a pani Kovačić i tak nie dostanie od nas tych pieniędzy. Już zablokowano nam możliwość dokonywania transferów zagranicznych, przez co możemy stracić rozgrywającą Elenę Nowgorodczenko z Ukrainy. Związek stoi na stanowisku, że ja, składając oświadczenia, podporządkowałem się wszystkim regulaminom CEV i FIVB. Tak, poddaję się regulaminom, nie ma z tym problemu. Natomiast to jest subiektywna decyzja urzędnicza, nie poparta żadnym stanowiskiem prawnym.

 

Ktoś chce Panu zrobić na złość?

 

Ktoś chyba doszedł do wniosku, że mi strasznie zależy na graniu, a jak nie zapłacę, nie dopuszczą mnie do rozgrywek. Dobrze, to nie zagram... Krzywdy mi nie zrobicie, nie będę miał tylu obowiązków, będę mógł spędzać weekendy z rodziną. Przy okazji przestanie istnieć klub, który dobrze funkcjonuje i w którym zawodniczki nie muszą zastanawiać się, jak przeżyć od pierwszego do pierwszego. Nawet w ekstraklasie pod tym względem nie jest różowo, a może być jeszcze gorzej. Atom Trefl Sopot stracił sponsora, a kto wie, jak niedługo będzie wyglądała sytuacja Chemika Police?

 

W Wiśle od początku istnienia klubu, a więc od lata 2014 roku, regularnie wypłacamy pensje i jako jeden z nielicznych klubów w żeńskiej siatkówce nie mamy pod tym względem zaległości. Dziwne, że ja mam problemy, a inni jakoś ich nie mają. Podam choćby przykład PTPS Piła. Do Wisły przyszły przed sezonem dwie zawodniczki, w przeszłości związane z tym klubem: Katarzyna Nadziałek i Joanna Sobczak, wobec których klub ma zobowiązania finansowe jeszcze z 2015 roku. Podobna sytuacja jest w KSZO Ostrowiec, który ma zaległości wobec zawodniczki z Bułgarii jeszcze z sezonu 2014/15. Przypomnę, że zgodnie z artykułem 13. regulaminu, punkt 1, podpunkt i: "zaległości finansowe nie mogą przekraczać trzy miesiące w stosunku do zawodników, sztabu szkoleniowego i klubów". Więc pytam: na jakiej podstawie te kluby grają, a mnie się straszy odebraniem licencji?

 

Podobnie jest zresztą ze spełnieniem wymogu liczby widzów na poziomie przekraczającym 1500 osób. Oficjalne statystyki Orlen Ligi pokazują, że średnia widzów na meczach jest dużo niższa. Założenie w pierwszym sezonie było może i słuszne, ale to nie wyszło i należało ten przepis zmienić. Mamy więc kolejną fikcję w regulaminie. Ja aspirując do ekstraklasy mam podpisać oświadczenie, że zobowiązuję się zapewnić widownię 1500 osób, skoro - według oficjalnych statystyk -  pół Orlen Ligi jej nie zapewnia. Co ciekawe, hala sportowa w Muszynie nie jest nawet w stanie pomieścić takiej liczby widzów. Jak więc Komisja Licencyjna PZPS przyjęła oświadczenie klubu?

 

Jesteście uznawani za faworyta I ligi. Czy Wisłę stać na wygranie tych rozgrywek?

 

Personalnie tak. Mamy w składzie byłe reprezentantki Polski, utytułowane siatkarki Karolinę Ciaszkiewicz-Lach i Magdalenę Saad. Na rozegraniu mamy zawodniczkę z doświadczeniem z Orlen Lidze - Katarzynę Nadziałek oraz reprezentantkę Ukrainy - Elenę Nowgorodczenko. Na ataku gra Kinga Hatala, która przyszła do nas z Muszyny oraz Joanna Sobczak - szósta najlepsza atakująca Orlen Ligi w minionym sezonie. Oczywiście do boisko zweryfikuje naszą siłę, ale personalnie ten skład mógłby powalczyć nawet w ekstraklasie.

 

Czy klub będzie w stanie przyciągnąć kibiców? Chyba nie jest łatwo w stolicy wzbudzić większe zainteresowanie żeńską siatkówką?

 

Ja myślę, że wszędzie nie jest łatwo. Większość klubów w Orlen Lidze ma problem z przyciągnięciem kibiców, tylko mecze czołowych ekip są w stanie ściągnąć na trybuny po kilka tysięcy ludzi. Bardzo często hale świecą pustkami. Teraz powstaje pytanie, co związek i Orlen Liga zrobią, by podnieść poziom sportowy kobiecej ekstraklasy i zainteresować nią kibiców? W PlusLidze to się udało, jest spore zainteresowanie kibiców, widowiskowe transmisje, dobry poziom sportowy. Jako kibic mogę powiedzieć, że żeńskiej siatkówki jest w mediach bardzo mało. Spotkania, które z trybun obserwuje trzystu kibiców nie zachęcają sponsorów do wyłożenia pieniędzy. Myślę, że kilka lat temu popełniono błąd zamykając ekstraklasę, dobrym posunięciem był powrót, po wielu dyskusjach, do ligi otwartej.

 

Jak Pan sobie wyobraża dalszą przygodę z siatkówką? Przyszłość pełna sukcesów, występy w Orlen Lidze, czy też walka z wiatrakami i - podobnie jak w futbolu - rezygnacja?

 

Ja się w siatkówkę bawić nie muszę. Wiem, że siatkówka będzie istniała beze mnie - nie jestem pępkiem świata. Ja również będę istniał bez siatkówki. Nie chcę się jedynie zgodzić na to, żeby regulaminy były niejasne, nieczytelne i nikt ich nie przestrzegał. Jeśli będą dalej takie problemy, to jak powiedziałem: nie muszę dalej inwestować w siatkówkę, mogę zamknąć klub i pozwać związek o odszkodowanie. Uważam, że mam dużą szansę na wygraną, moi prawnicy są podobnego zdania. Wszelkie umowy i kontrakty zawarłem po informacji ze strony związku, że otrzymałem licencję na grę w I lidze. Nic nie ukrywałem, dostarczyłem wszystkie dokumenty, a że ktoś nie umiał ich zinterpretować, to już nie moja sprawa. Chcę rozwijać klub, chcę w przyszłości grać w Orlen Lidze, ale na jasnych zasadach.