W ubiegłym tygodniu 52 letni Piotrowski, z rąk ministra sporu Witolda Bańki odebrał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany mu przez prezydenta RP Andrzeja Dudę. Była okazja, by przypomnieć w mediach jego niezwykłą karierę i walkę z chorobą, ale „Punisher” przegrał z codziennością. Być może uznano, że już mało kto go pamięta, gdyż czasy kiedy „kopał Amerykę” skutecznie i efektownie dawno minęły. Szkoda, bo to sportowiec wybitny, a historia jego życia słusznie doczekała się znakomitego filmu dokumentalnego („Wojownik” Jacka Bławuta), teraz pora na dobrą biografię i fabułę.

 

Ostatnio o Marku przypomniała mi też śmierć Piotra Pożyczki, jego trenera i menedżera już z czasów bokserskich. Warto bowiem pamiętać, że Piotrowski stoczył 21 zawodowych pojedynków, wszystkie wygrał i w kolejnym miał się zmierzyć z mistrzem świata, Reggie Johnsonem. Niestety choroba, która trawi Marka po dziś dzień dawała już wtedy wyraźne sygnały i Pożyczka nie zgodził się na ten pojedynek choć pokusa była ogromna, na stole leżało ćwierć miliona dolarów.

 

Ale Piotrowski to przede wszystkim legenda kickboxingu. Dziesięciokrotny mistrz świata, twarz tej dyscypliny. W 1987 roku w Monachium, w swym pierwszym starcie w kickboxingu zdobył złoty medal MŚ, w Olimpiahalle wygrał cztery walki przed czasem w formule full contact i został uznany najlepszym zawodnikiem.

 

W drodze powrotnej do Warszawy, z noclegiem w Budapeszcie, przeprowadziłem z nim wywiad „Nie wierzę w mity”, w którym przekonywał, że pewnego dnia dobierze się do skóry najlepszym zawodowcom. – Potrzebuję roku – mówił mi wtedy na pokładzie samolotu siedząc obok.

 

I tak było. Wcześniej jeszcze zdobył Puchar Świata w stolicy Węgier i wrócił do kraju ładą, która była nagrodą dla najlepszego zawodnika. W 1988 roku był już w USA, gdzie jego pierwszą ofiarą został Bob Handegan. Dwa miesiące później, w grudniu tego samego roku los Handegana podzielił Neil Singelton, a w marcu Lowell Nash.

 

Kolejny na liście „skopanych” przez Punishera (taki nosił przydomek), Larry McFadden wytrzymał jednak pełny dystans, podobnie jak wielkie gwiazdy, Rick Roufus i Don „Dragon” Wilson. Stawką w walce z Roufusem był tytuł mistrza USA, a w starciu z Wilsonem mistrzostwo świata ISKA, PKC i FFKA w formule full contact.

 

Dotrzymał więc słowa, był listopad 1989 roku, od pierwszej walki za Oceanem upłynęło zaledwie 13 miesięcy.

 

Często wtedy z Markiem rozmawialiśmy przez telefon, ale nic co piękne nie trwa wiecznie. Porażka przez nokaut z Roufusem, a później kolejna z Robem Kamanem w Paryżu, uświadomiła mu, że nie jest nieśmiertelny. Byłem w Pałacu Marcela Cerdana w Levallois Perret, pisałem o „Siedmiu rundach umierania”. To był najcięższy bój w karierze Piotrowskiego, walka w formule low kick, w której Holender był niezrównanym mistrzem. Przyszła zbyt wcześnie,  Marek nie był na nią przygotowany, co przyzna po latach.

 

Ale zgodnie ze swoim motto: Wstań i walcz! – wstał i wygrywał. W czerwcu 1993 roku pokonał przed czasem (11 r. tko) w Montrealu Michaela McDonalda i znów był mistrzem (WAKO – PRO i PKC). Pięć miesięcy później wygrał na punkty z Mikiem Winklejohnem w walce rozgrywanej według reguł orientalnych i  został czempionem ISKA.

 

Na jego znakomity pojedynek z Javierem Mendezem w San Jose (kwiecień 1994) nie doleciałem choć miałem zaproszenie, ale ostatnią walkę, w grudniu 1995 ze Steffano Tomiazzo w Krakowie (pas WKA full contact) komentowałem, podobnie jak tą z Gary Jonesem w Sosnowcu rok wcześniej. Słynne, przegrane starcie z Kamanem komentowaliśmy z nieżyjącym Grzegorzem Świątkiewiczem ze studia w Warszawie, z taśmy, już po moim powrocie z Paryża.

 

Marek wrócił na stałe do Polski kilkanaście lat temu. Wciąż twardo walczy z chorobą.

 

Myślę, że w czasach swojej największej popularności (trzy razy był w dziesiątce PS, raz na drugim miejscu) walki z jego udziałem zapełniłyby największe stadiony w Polsce.

 

Warto o tym pamiętać i zrobić teraz coś więcej, by w najtrudniejszej walce jaką toczy, walce z przeciwnościami  losu, nie czuł się osamotniony.