Adam Sławiński: Jesteś bardzo pozytywnym facetem. W tych trudnych momentach udało się to utrzymać czy miałeś momenty załamania?

 

Mateusz Klich: Tak, choć u Magatha czasem ten uśmiech schodził. Przy drugim podejściu byłem pozytywnie nakręcony. Przypominam sobie jeden mecz. Graliśmy z Bayerem Leverkusen. Prowadziliśmy 4:1. Co więcej, graliśmy w przewadze, bo rywale dostali czerwoną kartkę. Ja wtedy siedziałem na ławce. Na 10 minut przed końcem byłem pewny na 150 000 procent, że trener da mi zadebiutować, chociaż przez trzy minuty. Niestety. Wpuścił dwóch obrońców.... To był moment, w którym ten uśmiech zniknął już do końca pobytu w Niemczech.

 

O twojej znajomości z Feliksem Magathem powiedziano już chyba wszystko. Do końca nie wiadomo dlaczego nie przebiłeś się w Kaiserslautern?

 

Nie powiedziałbym, ze środek pola był na tyle mocny, żebym sobie sportowo nie poradził. Nie uważam, że grałem słabo. Rozegrałem 21 meczów i zdobyłem 4 bramki. Na środku pomocy w 2. Bundeslidze to wcale nie jest zły wynik. Jak już byłem na boisku, to nie schodziłem poniżej pewnego poziomu. Pamiętam  z Heidenheim wygraliśmy 4:1. Miałem gola i asystę. Mecz czy dwa później już siedziałem na ławce... Zabrakło zaufania od trenera. Nie czułem, że mogę sobie pozwolić w meczu na ryzyko. Jak grałem miałem bramkę bądź asystę, to wszystko było świetnie, ale jak już w następnym spotkaniu nie strzeliłem, to lądowałem na ławce... Ja lubię grać do przodu i podejmować ryzyko. Mając w głowie takie historie automatycznie się blokowałem. Wiedziałem, że jak zaryzykuję i stracę piłkę, to zaraz zejdę. Ciężko było mi grać moją piłkę, taką jaką lubię. Oczywiście to nie tylko wina trenera. Ja na początku pobytu w tym klubie nie byłem w najwyższej formie, po siedzeniu na trybunach w Wolfsburgu.

 

Jak się czułeś w 2. Bundeslidze?

 

To nie jest liga stworzona dla mnie. Były mecze, kiedy grając na "dziesiątce" miałem trzy razy piłkę na mecz! Częściej skakałem do główki niż miałem piłkę przy nodze...

 

Dziś zamiast transferu do Wolfsburga bezpośrednio po Cracovii wybrałbyś Holandię?

 

Z doświadczenia powiem, że na 90 procent poszedłbym do Holandii. To idealna liga dla młodych zawodników, a szczególnie grających ofensywnie, tak jak ja. Dużo grania do przodu, młodzi ludzie wiedzą, że mogą podjąć ryzyko. Wiadomo, że w tym wieku się nie kalkuluje, a tu jest to akceptowane.

 

Twente było blisko degradacji ze względu na nieprawidłowości finansowe. Nie bałeś się przechodząc do klubu w takich okolicznościach?

 

Podpisując umowę wiedziałem, że Twente na pewno zagra w Eredivisie. Stres był natomiast wcześniej. Rozmawiałem z trenerem. On i cały klub czekali na ostateczną decyzję. Pierwsza była taka, że spadają... Byłem mocno zawiedziony, bo bardzo zależało mi na transferze akurat do Twente. Znałem trenera, wiedziałem, że mi zaufa. Całe szczęście tydzień później przyszła wiadomość, że Twente zostaje w lidze. Wtedy temat wrócił. Musiałem jeszcze czekać na odejście Hakima Ziyecha, ale ostatecznie wszystko się udało.

 

Są sygnały w szatni, jakaś niepewność, że problemy powrócą?

 

Nie. Ludzie w to zamieszani pożegnali się z klubem. Twente w zasadzie zaczęło wszystko od nowa. Naszą sytuację śledzi holenderska federacja i urząd podatkowy. Nie da rady robić "wałków" (śmiech).

 

W Holandii część zarobków zawodników jest odkładana i wypłacana po karierze. Jak to wygląda w praktyce?

 

To działa dla każdego zawodnika. Niezależnie ile grasz i jakiej jesteś narodowości. Podpisując kontrakt musisz się na to zgodzić. Wygląda to tak... 30 procent miesięcznej pensji brutto jest "zamrożone" na koncie. Zawodnik ma wgląd w te pieniądze. Są one inwestowane. Federacja na tym trochę zarabia, ale co najważniejsze piłkarz tych pieniędzy nie straci. Po oficjalnym zakończeniu kariery są wypłacane. Tylko nie wszystkie na raz. Zawodnik musi to sobie rozłożyć na raty.

 

Jest to dobre szczególnie dla młodych zawodników. Młode chłopaki na przykład z Ajaxu mając 18-19 lat raczej nie myślą o odkładaniu. Wolą wydawać i później na koncie jest pusto (śmiech). To dobre, że federacja odkłada za nich.

 

Nie każdy ma pomysł na siebie.

 

Mnie się podoba na idea federacji. Po karierze trzeba za coś żyć. Co będę wtedy robił? Na pewno zostanę przy piłce. Jak rozmawiam z kolegami, którzy zakończyli karierę, to mówią, że nie da się nic nie robić. Muszę powiedzieć, że byłem ostatnio u Artura Sobiecha w Hanowerze. Obejrzałem jego mecz. Kiedy później spokojnie rozmawialiśmy, to doszliśmy do wniosku, że zostaniemy trenerami. Są to jednak bardzo odległe plany. Nie ma co teraz o tym rozmawiać.

 

W Wolfsburgu spotkałeś kilku barwnych zawodników, jak chociażby Nicklas Bendtner. Masz jakieś historie z nimi związane?

 

Było kilka ciekawych sytuacji. Niektórych z nich nie mogę opowiadać (śmiech). Nie chcę też na siłę czegoś wymyślać. Nie gadam już po to, żeby się klikało.

 

Dojrzałeś?

 

To na pewno. Widzę moich kolegów z Twente, którzy mają po 19-20 lat, to w niektórych z nich widzę siebie. Jak porównam jak się zachowywałem w ich wieku i jak myślę teraz... Zobaczyłem jak się trenuje na najwyższym poziomie. W Wolfsburgu może nie grałem, ale wiele się nauczyłem. Przede wszystkim profesjonalizmu, organizacji, podglądałem innych piłkarzy. Dojrzałem piłkarsko, ale też jako człowiek. Trudne momenty kształtują charakter.

 

Ostatnio jesteś mniej aktywny na Twitterze. To wynik tego, że mniej grałeś?

 

Twittera używam już w zasadzie tylko to przeglądania informacji, bo tam mam wszystko. Nie mam już ciśnienia. Śledzę, czytam wiadomości, ale nie muszę się udzielać, bo... po co? (śmiech) Nie chcę być na siłę śmieszny.