Potwierdziły się niestety obawy, że nie dojdzie do walki Anglika z Ukraińcem. Eddie Hearn, promotor Joshuy wprawdzie do końca mamił wszystkich nadzieją, że jest możliwa, ale z czasem i jego obietnice wyraźnie zbladły. To oczywiście byłby mega-hit, największe bokserskie wydarzenie tego roku, moim zdaniem ciekawsza walka niż odwołany po raz drugi rewanż Kliczki z Tysonem Furym, ale prawdopodobieństwo, że do niej dojdzie od początku było niewielkie.

Tak wielkie biznesowe przedsięwzięcia nie rodzą się z dnia na dzień, a tak było w tym przypadku. Owszem, sukces finansowy  był murowany, ale obie strony zdawały sobie sprawę z ryzyka jakie za sobą takie starcie niesie. Kliczko nie walczył przecież od roku, kiedy po fatalnym występie przegrał z „Królem Cyganów” i stracił mistrzowskie pasy, a Joshua to wciąż bardzo młody i niedoświadczony mistrz, który miał walczyć 26 listopada w Londynie, z kimś mniej wymagającym niż Ukrainiec.

Zastanawiam się tylko dlaczego Eddie Hearn postanowił wszystkich nabić w butelkę, dlaczego obiecywał coś, co 10 grudnia nie miało prawa się zdarzyć. Dlaczego bezczelnie oszukiwano kibiców twierdząc, że decyzja należy do władz WBA, bo Kliczko tak bardzo ceni sobie tę organizację, że bez jej pasa nie wyjdzie do ringu, tak jakby ten (IBF) należący do Anglika mu nie wystarczał. Od początku chodziło jednak tylko o szum medialny wokół tego pojedynku, o wywołanie zainteresowania starciem mistrza przeszłości (Kliczko) z mistrzem przyszłości (Joshua) i przygotowanie widowiska o którym w przyszłym roku będzie mówił cały świat. Dziś już słyszymy, że taką walkę trzeba pokazać na jednym z angielskich stadionów i skutecznie ją zareklamować. A na to potrzeba czasu. A z tym mając tylko pięć tygodni trudno byłoby sobie poradzić.


Tylko dlaczego Kliczko nie wystąpi w takim razem 10 grudnia w Hamburgu, gdzie zarezerwował halę i nie spróbuje z kimś innym powalczyć o pas WBA, który ponoć tak sobie ceni.

Otóż na to też jest odpowiedź. Okazało się, że naciągnął sobie mięsień łydki i musi przerwać treningi. Ale oczywiście, gdyby walka z Joshuą doszła jednak do skutku, to on jest gotów. Tylko na Joshuę, na innych nie. Komedia to nie jest właściwe określenie na to co się dzieje, bo to nie jest śmieszne tylko żałosne. Jeśli kiedykolwiek do tej walki dojdzie, to na pewno nie wcześniej niż wiosną przyszłego roku, gdyż telewizja RTL z którą Kliczko ma kontrakt nie pokazuje boksu zimą. Ale o tym było wiadomo od dawna.


Został więc tylko Joshua, który wciąż nie wie z kim przyjdzie mu się zmierzyć w Manchesterze. Myślę, że jego rywalem może być pogromca Tomasza Adamka, Eric Molina. Swoją drogą ciekawe jak Amerykanin z Teksasu radziłby sobie w starciu z mistrzem olimpijskim z Londynu. Stałby na straconej pozycji, ale ponieważ potrafi mocno uderzyć, a Joshua ma dziury w obronie, więc być może raz czy dwa wstrząsnąłby nim tak jak Wilderem w ubiegłym roku. Najpierw jednak musi dostać taką szansę, by zostać znokautowanym.