Jak może wyglądać pierwsze spotkanie byłych narzeczonych po rozstaniu? Bardzo możliwe, że będą robili sobie na złość i za wszelką cenę będą chcieli udowodnić sobie nawzajem, że to ta druga strona powinna żałować. Durant, jeden z najlepszych zawodników NBA w ostatnich latach, który swoimi umiejętnościami zadziwia, ciągle nie ma w dorobku mistrzowskiego pierścienia i właśnie po to przyszedł do Golden State - po ten błyszczący, mały przedmiot, który będzie mógł wsunąć na palec i potem z dumą prezentować w rodzinnej kolekcji.

 

Z Thunder się to nie udawało, więc wzorem LeBrona Jamesa, postanowił połączyć siły z innymi gwiazdorami i przeniósł się do Warriors. Teraz po raz pierwszy wystąpił przeciwko byłym kolegom i widać było, że za wszelką cenę chce udowodnić, że jest lepszy od Russella Westbrooka. Udało mu się, zagrał rewelacyjnie, zdobył 39 pkt (jego rekord sezonu, 29 pkt do przerwy) i grał bardzo efektywnie. W pierwszej połowie znakomicie trafiał z dystansu, m.in. na koniec pierwszej kwarty, gdy wyszedł po zasłonie, dostał podanie od Stephena Curry'ego i błyskawicznie złożył się do rzutu.

 

Potem rewelacyjnie walczył pod koszami i świetnie mijał do linii końcowej Jeramiego Granta. A kiedy dostał bardzo efektowną czapę od Westbrooka, to kilka chwil później zrewanżował się takim samym zagraniem. Widać było, że bardzo mu zależy na zwycięstwie. Kilka razy nie wytrzymał i wdawał się w pyskówki z zawodnikami Thunder, m.in. z Enesem Kanterem.

 

To było pierwsze wielkie zwycięstwo Warriors w erze Curry'ego i Duranta. Jeśli obaj utrzymają poziom, który zaprezentowali przeciwko Oklahomie, to Durant może się wreszcie doczekać pierwszego pierścienia. A kto wie, może potem wróci do Oklahomy, jak zrobił LeBron?