PAP: Wicemistrz olimpijski z Nagano i wielokrotny mistrz świata Kanadyjczyk Wotherspoon zakończył współpracę z polskimi panczenistami. Ta wiadomość spadła na was jak grom z jasnego nieba?

 

Artur Waś: Nie, zdecydowanie nie. Jeremy już pod koniec poprzedniego sezonu uprzedził, że nasze drogi się rozchodzą i będzie zajmował się tylko kadrą norweskich sprinterów. Wiele się od niego nauczyłem w trakcie pięcioletniej współpracy, ale nie uważam, że wraz z jego odejściem mój świata się zawalił. Wręcz przeciwnie! Nadal się rozwijam i mam w sobie jeszcze więcej pasji i motywacji. Oczywiście, wiele mu zawdzięczam, nie powiem na niego złego słowa, ale mam już takie doświadczenie, że wiem, iż poradzę sobie teraz bez Kanadyjczyka.

 

Konkretne postawienie sprawy przez Wotherspoona sprawiło, że pan oraz Artur Nogal i Piotr Michalski mieliście czas na "poukładanie" swojej sportowej przyszłości?

 

Nikt z nas nie panikował, bo faktycznie było kilka tygodni na spokojne przeanalizowanie, co dalej, z kim i gdzie. Okres wiosenny w łyżwiarstwie jest taki, że można poradzić sobie i bez szkoleniowca, po tylu latach treningów wiemy, co mamy robić w trakcie kwietniowych i majowych przygotowań. Szybko jednak zdecydowaliśmy się na pracę pod okiem Fina Tuomasa Nieminena, którego pamiętam jeszcze z czasów jego startów międzynarodowych.

 

Nazwiska nie wygrywają, ale trudno porównywać dorobek sportowy Nieminena do osiągnięć waszego poprzedniego szkoleniowca.

 

Ale to nie ma żadnego znaczenia, często wybitnym trenerem zostaje ktoś bez wielkich sukcesów w roli zawodnika. Tuomas to człowiek, dla którego łyżwiarstwo jest wielką, ale to wielką pasją. Fin jest niezwykle zaangażowany, dba o najmniejsze szczegóły. Już przekonałem się, że można mu zaufać i na nim polegać. Wiem, że wybraliśmy odpowiednią osobę na stanowiska trenera polskich sprinterów.

 

W poprzednim sezonie byliście częścią norweskiej akademii łyżwiarskiej. A gdzie dziś jest baza tercetu Waś - Nogal - Michalski?

 

Całe lato spędziliśmy z norweską akademią, trenowaliśmy też w Niemczech, Finlandii i Holandii. Ja najwięcej czasu spędzam w Inzell, poza tym jeżdżę na treningi do Berlina do zaprzyjaźnionych niemieckich łyżwiarzy. Ciągle w podróży, ale takie jest życie panczenisty.

 

Ciągłe przemieszanie się to codzienność, a tymczasem zrezygnował pan ze startu w Pucharach Świata w Chinach i Japonii.

 

To przemyślana decyzja. Do końca roku są jeszcze pucharowe zawody w Astanie i Heerenveen i wraz z trenerem zdecydowałem, że lepiej zostać i potrenować w Europie, konkretnie w Erfurcie. Co dałyby mi cztery średnie starty? Niewiele. Wolę pojechać dobrze, a może nawet bardzo dobrze w Kazachstanie i w Holandii. W sezonie przedolimpijskim do Azji trzeba jechać dwukrotnie, bo przecież mistrzostwa świata na dystansach zaplanowane są w Korei Południowej.

 

W poprzednich sezonach wygrywał pan poszczególne zawody PŚ na 500 m w Berlinie czy Inzell. Do pełni szczęścia zabrakło krążka z MŚ.

 

Liczę, że w najbliższych miesiącach znów będę stawał na podium i z podniesioną głową w 2017 roku rozpocznę już ostateczne przygotowania do igrzysk. Uważam, że już teraz jestem w dobrej formie, co potwierdzają wyniki na zawodach kontrolnych. Następny start już w ten weekend w Erfurcie.

 

Priorytetem jak zawsze jest 500 m, a jak zapatruje się pan na dwukrotnie dłuższy dystans?

 

Na razie na nowo odkrywam 1000 m. Podoba mi się, a moje rezultaty dotychczas były naprawdę w porządku. Zobaczymy jak będzie w sezonie pucharowym. Dystans ten aktualnie traktuję głównie jako dodatkowy trening pod 500 m.

 

Jaka jest pana opinia na temat sprintu drużynowego?

 

Trochę to wygląda tak, jak kiedyś ze zmaganiami na 100 m, czyli jest to swego rodzaju eksperyment. Nie ma tej konkurencji w programie igrzysk i raczej nie będzie, dlatego nie nastawiam się specjalnie na team sprint. Tęsknię za rywalizacją z najlepszymi na arenie międzynarodowej, ale indywidualną.

 

Rozmawiał Radosław Gielo.