Wicemistrzyni olimpijska po zakończeniu igrzysk olimpijskich postanowiła zrobić sobie krótki rozbrat z kajakami. Jak przyznała, od ponad siedmiu lat nie miała nigdy dłuższej przerwy, nie opuściła też żadnego zgrupowania. Dlatego po powrocie z Brazylii potrzebowała więcej odpoczynku i czasu dla siebie.

 

"Jak tylko się skończyły igrzyska i jechaliśmy na ceremonię zamknięcia, to podeszłam do trenera i powiedziałam, że chcę do końca roku siedzieć w domu i normalnie od początku w stycznia zacząć trenować z kadrą. Myślę, że ten kilkumiesięczny rozbrat z kajakami najzupełniej mi wystarczy. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze popływam może z cztery lata i ta moja kariera się zakończy. Dlatego nie chciałam robić teraz dłuższej przerwy, choć mój tata myślał, że posiedzę w domu przez cały rok" - powiedziała PAP specjalistka od wyścigów na 200 m.

 

Walczykiewicz nie ma problemu z zagospodarowaniem czasu wolnego. Gdy cztery lata temu bez medalu wracała z igrzysk, trochę przypadkowo trafiła do jednej z podkaliskich stadnin koni.

 

"Po Londynie na nic nie miałam ochoty. Tak mnie zdołowały te igrzyska, że na wiosło nie mogłam patrzeć. Dzięki kuzynce trafiłam do stadniny koni w Cekowie pod Kaliszem. Tego samego dnia siedziałam już na koniu, zrobiłam dwa kółka i umówiłam się na kolejne jazdy. Po miesiącu zaliczałam już pierwsze skoki, ale trenowałam, dopóki nie zaczął się okres przygotowawczy i trzeba było wrócić do kajaków. Bo tu jeszcze miałam coś do zrobienia. Natomiast dzięki jeździectwu odzyskałam taką ponowną chęć do aktywności fizycznej" - opowiadała.

 

Po czterech latach ciężkiej pracy zwieńczonych srebrnym medalem w Rio de Janeiro mogła znów wrócić do koni.

 

"W Cekowie pamiętali o mnie, a ja sama nie zapomniałam jak się jeździ. Dostałam takiego bardziej sportowego konia, a te przeszkody są już teraz trochę wyższe - na poziomie 70-80 centymetrów. Marzy mi się po cichu w przyszłości wystartować w zawodach klubowych, mam nadzieję, że będzie taka okazja" - podkreśliła.

 

Jak dodała, pewne doświadczenia z kajakarstwa mogą przydać się z sporcie jeździeckim.

 

"Podoba mi się to, jak można z koniem współgrać, a nie mieć tylko martwy obiekt pod nogami, jak to jest w kajakach. To zupełnie coś innego, ale sprawność z kajakarstwa przydaje się w jeździectwie, szczególnie umiejętność utrzymania równowagi" - wyjaśniła.

 

Wiele czasu pochłaniają ją wizyty w szkołach; od igrzysk miała już ok. 30.

 

"To są bardzo sympatyczne spotkania, a pytania zależą od tego, w jakiej jestem szkole. W podstawówce to najczęściej pytają ile trenuję, jak długo, jakie to uczucie stanąć na podium. W gimnazjach młodzież jest już bardziej odważna, chcą wiedzieć czy mam chłopaka i ile zarabiam. W szkołach sportowych to już są takie poważne pytania o dietę, program treningowy, zgrupowania, czy o relacjach między zawodnikiem, a trenerem. Kiedyś jeden z chłopaków zapytał, ile mam centymetrów w bicepsie. Wzbudził tym entuzjazm wśród swoich kolegów. Odparłam, że nie mierzyłam, ale mam pewno więcej niż on. Było wesoło" - wspomniała.

 

Walczykiewicz nie ukrywa, że chciała, aby te spotkania popularyzowały kajakarstwo, ale z tym jest już nieco gorzej. Jej zdaniem młodzież niezbyt chętnie garnie się do tej niezwykle wymagającej dyscypliny. Dlatego stara się zachęcać do jakiejkolwiek aktywności fizycznej.

 

"Czasami zabieram ze sobą na takie spotkania wiosło i kajak. Nie da się jednak ukryć, że chłopacy wolą piłkę nożną, dziewczyny siatkówkę, a w Kaliszu dużą popularnością cieszy się kolarstwo. Dzieciaki widzą, że jest to ciężki sport, cały czas w wodzie, bez względu na to czy jest ciepło, czy zimno na dworze. Chwalę swoją dyscyplinę, opowiadam dużo o kajakarstwie, ale chyba ta woda może niektórych przerażać. Dlatego wolą inny sport, który można uprawiać w bardziej komfortowych warunkach" - podsumowała.