Tam gdzie Michael Buffer, tam muszą być grzmoty. Słynny amerykański zapowiadacz bokserskich walk zjawił się w Moskwie, by zaprosić na pojedynek Denisa Liebiediewa z Muratem Gassijewem. 14 tysięcy ludzi na widowni czekało na wielkie wydarzenie i dostali to, czego chcieli: bardzo dobrej, twardej walki w której nokaut wisiał w powietrzu, ale ostatecznie decyzję podejmowali sędziowie.

 

Jeden widział wygraną Liebiediewa (114:113), dwóch pozostałych nie miało żadnych wątpliwości, punktując (116:112, 116:111) na korzyść młodszego z Rosjan, Murata Gassijewa. Pochodzący z Władykawkazu nowy mistrz organizacji IBF miał doświadczonego rywala na deskach w piątej rundzie, wywierał presję, jego ciosy robiły większe wrażenie, ale wygrana wcale nie była tak oczywista. Wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby to czternaście lat starszy Liebiediew został ogłoszony zwycięzcą.

 

Inna sprawa, że przyszłość należy do trenowanego przez Abela Sancheza Osetyńca.

 

Dwuletnia współpraca przynosi jak widać wspaniałe efekty, a wydaje się, że to dopiero początek, bo możliwości Gassijewa są ogromne. Ma świetne warunki fizyczne (192 cm) potężne uderzenie z obu rąk, odporność na ciosy i mocną psychikę. To mistrzowskie cechy. Nie jest łatwo w starciu z tak doświadczonym i tak dobrym pięściarzem jak Liebiediew stoczyć najlepszy pojedynek w karierze, a Gassijew tego dokonał.

 

Oczywiście można mu jeszcze wiele zarzucić, ale tylko pokonany wie jak destrukcyjna jest jego siła. Lewy hak na wątrobę, po którym Denis był w piątej rundzie liczony, mógł zakończyć rywalizację, gdyby trafionym nie był taki twardziel jak 37 letni Rosjanin.

 

Liebiediew stracił pas IBF, ale dalej jest czempionem WBA, więc w walkach mistrzowskich na pewno jeszcze go zobaczymy.

 

Wciąż potrafi bowiem bardzo dużo, jego praca nóg naprawdę mogła się podobać, podobnie jak kombinacje ciosów którymi starał się przejmować inicjatywę, ale z takimi siłaczami jak Gassijew będzie mu już ciężko wygrywać. Choć ani on, ani jego amerykański trener Freddie Roach z pewnością nie odpuszczą i podejmą jeszcze niejedno wyzwanie.

 

A co do Gassijewa, to warto przypomnieć, że jego promotorem jest Leon Margules, który na amerykańskim rynku dba również o interesy „Diablo” Włodarczyka i Krzysztofa Głowackiego. Być może doczekamy się więc ciekawej konfrontacji jednego z nich z Gassijewem, nowym mistrzem wagi junior ciężkiej.

 

Moskiewski przegląd rosyjskich cruiserów najgorzej wypadł dla złotego medalisty olimpijskiego z Pekinu (2008) Rachima Czakchijewa, poddanego w siódmej rundzie walki z Maksimem Własowem, który coraz odważniej zgłasza swoje aspiracje w tej kategorii. Do gry wraca też Dmitrij Kudriaszow. Pamiętamy jego porażkę w Kazaniu z Olanrewaju Durodolą, jak na razie jedyną. Tym razem nie dał szans Kolumbijczykowi Santanderowi Salgado nokautując go w pierwszej rundzie. To jego jubileuszowe, dwudzieste zwycięstwo, wszystkie zakończył przed czasem.

 

Do mocnej grupy rosyjskich cruiserów dołączył na tej gali Aleksiej Jegorow, mistrz Europy z 2013 roku, który w debiucie zmusił naszego Łukasza Rusiewicza do poddania w drugim starciu. A przecież Grigorij Drozd, mistrz WBC w zawieszeniu nie kończy jeszcze kariery, tylko nie wiadomo kiedy wróci.

 

Na koniec jeszcze o jednym grzmocie, choć to inna waga. Niepokonany Rosjanin Eduard Trojanowski, były już mistrz IBF kategorii junior półśredniej chyba w najczarniejszych snach nie spodziewał się, że już na początku walki z Namibijczykiem Juliusem Indongo padnie jak rażony piorunem. A tak się właśnie stało po lewym sierpowym rywala i mistrzowski pas poleciał do Afryki.