Czy jest Pan Billem Gatesem polskiego sportu?

Damian Fedorowicz: Billem Gatesem to trochę przesada, ale na pewno wizjonerem zapasów w Polsce, ale również w Europie, a docelowo na całym świecie. Rzeczywiście realizuję nowatorski pomysł na profesjonalne zapasy.

Pana celem jest, żeby KLZ była najlepszą ligą zapaśniczą na świecie. Jak to zrobić? Kiedy KLZ będzie lepsza niż niemiecka Bundesliga?

Przyjrzyjmy się, co już, w stosunkowo krótkim czasie, zrobiliśmy. Mamy innowacyjną w skali światowej formułę meczów, z walkami w stylach klasycznym i wolnym oraz z udziałem kobiet. To był strzał w dziesiątkę. Po drugie, KLZ działa w profesjonalnych i nowoczesnych ramach organizacyjnych, zarządzana przez spółkę, która dba o działania marketingowe, oprawę meczów i promocję w mediach. A na przykład Bundesliga cały czas jest zarządzana przez federację, co mocno ogranicza niemieckie kluby. Mamy więc solidne fundamenty i długofalową strategię rozwoju. Może to niektórych zdziwić, ale od tego, żeby KLZ była najlepszą zapaśniczą ligą na świecie, dzieli nas niewiele.

Brzmi intrygująco. Co jest do tego potrzebne?

Jeżeli każdy klub w KLZ będzie miał w składzie medalistę igrzysk olimpijskich lub aktualnego medalistę mistrzostw świata, to będziemy najlepsi na świecie. Żeby to osiągnąć, potrzebne są oczywiście pieniądze, ale wcale nie takie wielkie, jak mogłoby się wydawać. W przypadku zapasów, zwłaszcza w porównaniu do popularnych sportów zespołowych, potrzeba naprawdę niedużych nakładów, żeby ściągnąć do Polski gwiazdy światowego formatu.

Jakiego rzędu są to pieniądze?

Zawodnik ze ścisłej światowej czołówki myślę, że będzie kosztował  ok. 10 tys. zł za mecz. To daje mniej więcej 100 tys. zł za cały sezon. Podkreślę, że nie mamy na świecie konkurencji, jeśli chodzi o zapaśniczki. Tylko u nas mogą walczyć regularnie w lidze. Dlatego najlepsze Amerykanki czy Japonki, walczące niezwykle efektownie, chętnie do nas przyjadą. Myślę, że złote medalistki olimpijskie chętnie zawalczą w KLZ mniej więcej za tysiąc euro plus dodatkowe koszty zakwaterowania i przeloty.

Jak do KLZ podchodzą sponsorzy? Zapasy wydają się jednak sportem niszowym. Zdecydowana większość kibiców ogląda je tylko raz na cztery lata, przy okazji igrzysk olimpijskich.

Już to zmieniliśmy. Jeden mecz KLZ w każdej kolejce jest na żywo w telewizji, a wszystkie spotkania są transmitowane w internecie. Konsekwentnie zmierzamy do tego, by zapasy przestały być postrzegane jako sport niszowy. Sprzyja nam fakt, że polskie zapasy mają piękne tradycje. Nasi byli zawodnicy, jak na przykład Andrzej Wroński czy Andrzej Supron są znakomitymi, powszechnie rozpoznawalnymi ambasadorami KLZ. Wszystko to powoduje, że sponsorzy patrzą na nasz projekt przychylnie. W tej chwili kluczowe jest zdobycie sponsora tytularnego.

W pierwszym sezonie KLZ wystartowało 6 ze 150 polskich klubów zapaśniczych. To na początek dużo czy mało?

Udział w KLZ otwiera duże możliwości, ale to nie są same konfitury, lecz również dużo pracy i określone zobowiązania. Inicjatywę podjęły kluby, w których działają ambitni, zaangażowani ludzie, młodzi, lecz również sporo sław z dawnych lat, jak Józef Tracz we Wrocławiu czy Ryszard Wolny w Raciborzu. Wszystkich łączy troska o dobro polskich zapasów. Rozumieją, że mamy do wyboru tylko dwie drogi: albo budujemy ligę i idziemy naprzód, albo wegetujemy, stopniowo tracąc znaczenie w polskim sporcie.  

Jak będzie wyglądała KLZ w przyszłym roku?

Na 100% wystartuje więcej drużyn, miejmy nadzieje, że większy będzie też budżet ligi. Dodam, że nie chcemy tworzyć zamkniętego, elitarnego grona zawodowych klubów. Szacuję, że w Polsce jest obecnie ok. 35 klubów, które mogłyby wziąć udział w KLZ. Docelowo planujemy utworzenie trzech klas rozgrywkowych. W najwyższej będzie maksymalnie 12-14 najsilniejszych sportowo i organizacyjnie drużyn, ale w niższych powinno być miejsce również dla tych mniejszych klubów, jak na przykład Agro Żary, z którego się wywodzę.   

Jaka jest szansa, że powstanie liga europejska na wzór KLZ? Czy to w ogóle realne?

Już w tej chwili tym pomysłem poważnie interesują się Niemcy, Węgrzy, Ukraińcy i Szwedzi. To byłaby taka zapaśnicza Liga Mistrzów, z udziałem dwóch najlepszych teamów z każdego kraju, z formułą meczów i oprawą na wzór KLZ. Szansa na to jest całkiem realna, bo w innych krajach też poszukują profesjonalnych i nowoczesnych ram działania. W obliczu szybkiego rozwoju innych sztuk walki to kwestia być albo nie być dla zapasów.  

Co jest dla Pana punktem odniesienia? Federacje MMA, NBA, a może coś jeszcze innego?

Jeśli chodzi o oprawy meczów, to inspirowały mnie gale MMA, pod względem organizacji ligi czerpię ze wzorów amerykańskich lig zawodowych, ale KLZ powstała również po to, by zmodernizować szkolenie młodzieży w Polsce. Chcemy wzmocnić kluby i dać młodym zawodnikom szersze perspektywy rozwoju.

Zainwestował Pan w KLZ własne pieniądze. Dobrze skalkulowany biznes czy pasja?

Podjąłem finansowe ryzyko, ale model działania KLZ jest dobrze przemyślany. Od początku wiedziałem też, że liga obroni się sportowo, co jest podstawą. Pasja i miłość do zapasów to była jednak motywacja najważniejsza. Sam uprawiałem zapasy, byłem w kadrze olimpijskiej. W 2004 roku, tuż przed igrzyskami w Atenach, przytrafiła mi się kontuzja, która mocno utrudniła mi karierę, choć później występowałem jeszcze z sukcesami m.in. w mistrzostwach Europy. Do dzisiaj regularnie trenuję i trzymam formę.