W niedzielnym finale imprezy zmierzy się triumfator Ligi Mistrzów Real Madryt oraz mistrz Japonii Kashima Antlers. W Jokohamie jednak najgłośniej jest o nowym systemie wideoweryfikacji, który miał ułatwiać pracę arbitrom, a wprowadza zamieszanie. - To nie jest futbol - skarżył się pomocnik Realu Chorwat Luka Modric, po zwycięstwie 2:0 nad meksykańskim America Club w półfinale.

 

Jego klubowego kolegę Lucasa Vazqueza denerwowało długie oczekiwanie na decyzję sędziego. Hiszpańskie media także bardzo krytycznie podeszły do wideoweryfikacji. - Technologiczna chałtura - napisała gazeta "As" na stronie tytułowej. "Marca" określiła to jako "chaos i zamieszanie".

 

Co się stało? W doliczonym czasie gry Cristiano Ronaldo zdobył gola na 2:0. Piłkarze meksykańskiej drużyny protestowali, bo uważali, że Portugalczyk był na pozycji spalonej. Sędzia Enrique Caceres, po wideoweryfikacji, postanowił anulować bramkę. Meksykanie rozpoczęli grę rzutem wolnym i nagle arbiter postanowił... jednak uznać trafienie Ronaldo. Doszło do zamieszania. Nikt nie wiedział, o co chodzi. - Tak, rzeczywiście w pewnym momencie było spore zamieszanie. Niektóre rzeczy muszą zostać wyjaśnione, by w przyszłości ten mechanizm funkcjonował bez zarzutu - skomentował później trener "Królewskich" Zinedine Zidane.

 

To nie był jednak jedyny przykład z klubowych mistrzostw świata, kiedy wideoweryfikacja wzbudziła emocje. W pierwszym półfinale między Kashimą Antlers a Atletico Nacional (3:0) także wykorzystano powtórki. Pierwszy gol japońskiej ekipy został zdobyty z rzutu karnego, który został podyktowany po wideoweryfikacji. Orlandio Berrio faktycznie sfaulował Daigo Nishiego w polu karnym, ale węgierski arbiter Viktor Kassai nie zauważył, że tuż przed tą akcją Nishi znajdował się... na spalonym. - To jakaś komedia - zawołał hiszpański komentator telewizyjny.

 

Po tych wydarzeniach szef UEFA Alexander Ceferin powiedział, że na razie w europejskich rozgrywkach system nie będzie wprowadzany. - Zobaczymy, co przyniesie przyszłość - odparł.