Hopkins (55-8-2, 32 KO), który w styczniu skończy 52 lata nie walczył od listopada 2014 roku. Przegrał wtedy ze znakomitym, mocno bijącym Rosjaninem Siergiejem Kowaliowem i to był wyraźny sygnał, że czas odejść. Ale były król wagi średniej, najstarszy mistrz w historii zawodowego boksu (trzykrotnie bił rekordy długowieczności już w kategorii półciężkiej) zawsze lubił igrać z ogniem.

 

Teraz też był przekonany, że da sobie radę, choć spotkał się z silnym, młodszym o ćwierć wieku byczkiem, nie mającym nic do stracenia, a wszystko do zyskania. A gdy ten zniszczył cały, misterny scenariusz zakładający pożegnalne zwycięstwo „Kata” (wrócił do tego przydomka tylko na ten ostatni pojedynek) wyrzucając starego mistrza serią mocnych uderzeń z ringu, ten nie mogąc w to uwierzyć, długo trzymał się wersji, że został z niego wypchnięty i jedyną słuszną decyzją jest uznanie tej walki za nieodbytą.

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do tego co się działo w legendarnej „The Forum” Inglewood. Hopkins przegrywa pierwsze starcie, walczy słabo. Joe Smith jr (23-1, 19 KO) szukając swojej szansy atakuje od początku tego pojedynku, trafia mocnym lewym sierpowym, ale cios ten nie robi większego wrażenia na najstarszym mistrzu świata.

Ale od chwili, gdy Hopkins pokonał Beibuta Szumenowa w kwietniu 2014 roku i odebrał mu pas WBA (sam był wtedy mistrzem IBF) minęło już prawie trzy lata. Szmat czasu, szczególnie w tym wieku i wyraźnie widać, że to nie jest ten ”Kosmita”.

Druga runda ze Smithem jr była już lepsza, ale pogromca Andrzeja Fonfary wciąż był agresorem. Nic nie zmieniło się też w trzecim starciu, Hopkins ograniczał się do obrony czekając na dogodną okazję, by samemu wyprowadzić mocne uderzenie. W czwartej pokazał kilka dobrych akcji ofensywnych, a w piątej, krótkie prawe kontry po odchyleniu, ale Joe Smith jr dalej nacierał i czasami niebezpiecznie trafiał. W szóstej jeszcze podkręcił tempo zmuszając „Kata” do wymian w półdystansie.

Siódma wyglądała podobnie, ale w 53 sekundzie ósmej rundy Smith jr trafił serią ciosów i Hopkins wypadł z ringu. Upadek wyglądał groźnie, lekarz zapytał czy  może chodzić, a ten długo i gęsto tłumaczył, że został potraktowany przez rywala nieprzepisowo. Ostateczny werdykt – techniczny nokaut – nie może jednak budzić wątpliwości. Faulu nie było, „Kat” znalazł się poza ringiem po celnych ciosach Smitha jr. Takie są fakty.

Chwilę później pokuśtykał do szatni, gdzie Max Kellerman z HBO przeprowadził z nim krótki wywiad.  Hopkins tłumaczył co się stało. - Oparłem się o liny, on na mnie naparł i wypadłem. Chciałem wrócić na ring, ale nie mogłem z powodu kontuzji kostki prawej nogi. Zgoda, rywal był niebezpieczny, bił mocno, ale z rundy na rundę walczyłem lepiej i coraz bardziej go frustrowałem. No i wtedy mnie wypchnął. Tak to widziałem – mówił dodając jeszcze, że jego zdaniem walka powinna zostać uznana za nieodbytą. Po obejrzeniu powtórek przyznał wprawdzie, że ciosy owszem, były, ale z tego że został wypchnięty się nie wycofał.

A zapytany czy jeszcze wróci zdecydowanie zaprzeczył. – Podoba mi się praca komentatora telewizyjnego u boku Jima Lampleya, więc chyba tym się zajmę - zakończył.

Warto wiedzieć, że po siedmiu rundach sędziowie nie byli jednomyślni w ocenie tego co się działo w „The Forum”. Tim Cheatham (67:66) i Thomas Taylor (69:64) widzieli przewagę Smitha jr, a Pat Russell (67:66) Hopkinsa!!! Ta ostatnia punktacja woła o pomstę do nieba, ale widać taki był scenariusz. Zresztą pierwszy z sędziów też był nastawiony bardzo przyjaźnie do starego mistrza, bo przewaga Joe Smitha jr, który szeroko otworzył sobie drzwi do wielkich walk w przyszłym roku, była przecież wyraźna.

A o Hopkinsie i tak trzeba jak najszybciej nakręcić film. Scenariusz napisało życie od początku do końca, bo tego jak wypada z ringu i przegrywa przed czasem po raz pierwszy w trwającej prawie trzydzieści lat karierze w pożegnalnej walce, nikt by przecież nie wymyślił.