To był mecz niewykorzystanych szans, po którym koszykarze Rosy Radom mogą i powinni być na siebie źli. Gospodarze grali dobrze, ale nie byli poza zasięgiem drużyny Wojciecha Kamińskiego.

 

Wicemistrzowie Polski wprawdzie słabo zaczęli spotkanie, ale jeszcze w pierwszej kwarcie niemal odrobili straty. Co z tego, skoro drugą kwartę zaczęli od kilku fatalnych strat w ataku i niecelnych rzutów z dystansu. Wtedy Oldenburg zbudował przewagę, której już do końca meczu Rosie nie udało się zniwelować.

 

Co z tego, że kilka razy koszykarze Rosy byli bardzo blisko remisu? Co z tego, że szalał w ataku Darnell Jackson, a ważne rzuty z dystansu trafiał Jordan Callahan, skoro za każdym razem, gdy udało się odrobić sporą część strat, gospodarze znów odskakiwał i to nie dlatego, że grali rewelacyjnie, ale dlatego, że fatalne straty popełniali koszykarze Rosy. W całym meczu mieli 11 strat - może nie jest to liczba zatrważająca, ale przydarzały im się w kluczowych momentach: Callahan podał w ręce rywali, co skończyło się kontratakiem, Zyskowski nie trafił spod kosza, Adams nie złapał piłki, Sokołowski dał się zablokować. Garry Bell w ważnym momencie nie trafił rzutu za trzy punkty po dobrze wybronionej akcji.

 

A gospodarze grali bardzo spokojnie i mądrze. Trafiali wtedy, kiedy trzeba było trafić. Świetnie grali De Zeeuw i Madrich. Jak zwykle, bardzo energetyczny był Paulding. To wystarczyło, żeby obronić przewagę.

 

EWE Baskets Oldenburg - Rosa Radom 83:71 (24:21, 26:18, 17:17, 16:15)