Rafał „RaFeL” Fiodorow: Na polskiej scenie znajdujesz się już od niemal trzech lat. W którym momencie postanowiłeś, że chcesz zostać profesjonalnym graczem? Kiedy uwierzyłeś, że może ci się udać?


Wojciech „Tabasko” Kruza: Wydaje mi się, że takie postanowienie, czy też można powiedzieć marzenie, miałem już o wiele wcześniej, kiedy to grałem w CS’a 1.5 w kafejce internetowej i widziałem, że jestem po prostu dobry w tę grę. Postanowiłem, że będę chciał w przyszłości zarabiać na graniu w gry komputerowe i myślałem, że będę kiedyś mógł zagrać w CS'a na „złotą piątkę” i będzie to duży sukces. Nigdy nie spodziewałem się, że znajdzie się inna gra i zacznie mi w niej wychodzić. Pierwszy raz uwierzyłem, że może mi się udać podczas rozgrywek Pucharu Polski w 2014 roku. Nie zagrałem może jakoś wybitnie, ale zauważyłem, że po wygraniu tego turnieju wspiera mnie wiele osób z mojego otoczenia. Także rodzice zaczęli mi wtedy bardzo kibicować. W tamtej chwili czułem, że wszystko może się udać.

 

No właśnie, otrzymujesz mnóstwo pozytywnych komentarzy zarówno od kibiców, jak i od ekspertów, ale tam gdzie jest rywalizacja, tam zawsze znajdzie się też hejt. Jak sobie z nim radzisz?


Szczerze - może to zdziwi wielu ludzi, ale nie radziłem sobie z tym najlepiej w ostatnich miesiącach. Gdy przeglądałem social media, potrafił zasmucić mnie jeden negatywny komentarz na sto pozytywnych, ale wszystko zmieniło się, kiedy pogadałem sobie na spokojnie z hatchy’m. Z własnej woli zablokowałem sobie wtedy wszelkie przeglądarki i streamy na komputerze, żeby skupić się tylko na graniu. Nie wiem dlaczego, ale to pomogło. Korzystam sobie teraz normalnie z facebooka czy innych portali, ale kiedy widzę jakiś tekst to po prostu mnie to nie obchodzi. Wydaje mi się, że pomogła mi w tym też drużyna. Czas spędzony w Team Kinguin podbudował moją pewność siebie.


To potwierdzałoby fakt, o którym mówi wielu ludzi, którzy z tobą współpracowali – że twoim największym problemem są nie umiejętności, bo te masz naprawdę spore, ale kłopoty z pewnością siebie. Czy to dlatego nigdy nie zdecydowałeś się na wyjazd za granicę? Miałeś swoje szanse jak choćby występ na Lyon e-Sport 9 we Francji wraz z E-Corp Gaming. Zajęliście tam trzecie miejsce, a skład wyglądał naprawdę interesująco…


Akurat tutaj nie było problemem to, że czułem się słabo w tej drużynie lub byłem słaby czy też bałem się wyjazdu za granicę. Bardziej wyglądało to tak, że po tym lanie od razu był IEM Katowice, gdzie widziałem się z większością iHG. Mówię tu zarówno o graczach, jak i ludziach, którzy z nami współpracowali. Wiadomo jak to jest - po prostu dużo o tym rozmawialiśmy i przekonali mnie, żebym został. Jest to jedna z decyzji, której żałuje aż do dzisiaj. Pomimo że odszedł od nas wtedy też midlaner, to wydaje mi się, że coś tam mogliśmy ugrać.

 

Bo grałeś tam wtedy z… obecnym midlanerem Fnatic Rasmusem „Caps” Wintherem, ale także Borem „Kektz” Jersanem i Martinem „HeaQ” Kordmaa, którzy obecnie reprezentują barwy niemieckiego Iguana eSports i z którymi przyjdzie ci się zmierzyć w zamkniętych kwalifikacjach do Challenger Series. Jak ich wspominasz?


Już wtedy wiedziałem, że Caps nie nadaje się do naszej drużyny. Nie ze względu na charakter - chodziło o jego umiejętności. Każdy z nas wiedział, że nastąpi moment, kiedy Caps skończy 17 lat i od razu dołączy do dobrej drużyny z LCS. Pamiętam kiedy mówił nam, że w tym roku zobaczymy go na Worldsach i prawie byłoby to możliwe. Wygrał z Dark Passage 3:0 mecz na Supermassive, które trenował wtedy hatchy i mógł zagrać o Worldsy, gdyby nie fakt, że miał 16 lat. Pomimo że był w tym wieku, to zawsze kiedy graliśmy scrimy, to on shotcallował. Zdarzały mu się słabsze gierki, ale każdy takie ma. Ta toksyczność, która ostatnio była tematem na reddicie czy też twitterze to w moim odczuciu nieporozumienie. Kiedy z nim grałem, nigdy tego nie doświadczyłem. Tak samo lub często gorzej wypowiadają się inni gracze z LCS i nie ma takiej dramy, więc nie rozumiałem dlaczego ludzie tak to rozdmuchują. Jeżeli chodzi o graczy Iguany, to bardzo chciałbym spotkać ich w grupie i wyjść razem z nimi, żeby razem grać w Challenger Series. HeaQ to cichy człowiek, który był po prostu dobry mechanicznie, stąd moje relacje z nim nie są jakoś bardzo rozwinięte - sam jestem cichy i stąd chyba ciężko było nam nawiązać dobry kontakt. Jeżeli chodzi o Kektza to grało mi się z nim po prostu wspaniale, tak samo gadało - jeden z niewielu graczy, z którym grałem, a utrzymuję kontakt. W grze, nawet jak zrobiliśmy 0/2 na jakiejś akcji na topie, po prostu nie umieliśmy się na siebie gniewać, zawsze do wszystkiego podchodziliśmy ze śmiechem. Nigdy tak nie miałem, bo każdy kto ze mną grał, może powiedzieć, że bardzo mnie coś takiego denerwuje. A wtedy, przez te parę miesięcy – tak nie zdarzyło się nigdy. Bardzo fajnie wspominam ten czas, zarówno spędzony w internecie na scrimowaniu, jak i na tym lanie, gdzie też poznałem tatę Capsa, który jeździ z nim wszędzie i jest bardzo przyjaznym, ale też śmiesznym człowiekiem. (śmiech) Właśnie odejście w tamtym momencie Capsa do Mousesports też jakby zadecydowało o moim powrocie do iHG.

  

 

 


IHG było drużyną, w której spędziłeś rok. Był to jednocześnie dość duży projekt z ogromnym potencjałem, a jednak zakończył się fiaskiem. Jak uważasz, dlaczego?


iHG dzieli się w sumie na trzy etapy. Pierwszy to jest czas, kiedy każdy starał się w stu procentach i to jest Nowy Sącz. Etap drugi to czas, kiedy każdy dalej wierzy w to, że może nam się udać, lecz jakoś nie nastawiamy się na dobre wyniki. Trzeci etap to okres, kiedy wiedzieliśmy już o naszym końcu, po prostu bawiliśmy się razem na tych lanach, gdzie też bawiliśmy się grą. Ten pierwszy etap, czyli Nowy Sącz z Sebastianem (Sebastianem „niQ” Robakiem – przyp. red.) i teoretycznie z Veggie’em - byliśmy piątką graczy zostawioną na bootcampie bez trenera. Według mnie wtedy to dużo nie zmieniało, bo mogłem sobie pospamować soloQ, każdy tryhardował na scrimach i wydawało mi się, że widzę progres. Lecz, po współpracy z hatchy’m i resztą naszej drużyny, wiem, że tego, co było w iHG, nie można było nazwać dobrą drużyną. Zawiodło głównie to, że nie było z nami na miejscu Veggie’ego, który po prostu miał w Warszawie pracę, z której nie mógł zrezygnować, a jak już przyjechał, to wydawało się, że nikt nie szanował jego decyzji. Co ma zrobić trener, którego nie szanują gracze? Według mnie totalnie nie ma wyjścia z takiej sytuacji. Trener powinien mieć absolutną władzę nad rosterem, wtedy gracze muszą się z nim liczyć. Przegraliśmy wtedy na Team HUMA 0:3. Po prostu było widać, w jaki sposób oni ćwiczyli i jak my to robiliśmy - nasz sposób nie był efektywny. Drugi etap rozpoczął się, kiedy dołączył Overpow i wygraliśmy FEC-a. Każdemu wydawało się, że uda nam się pomimo, iż mamy w składzie dwóch streamerów. Ze względu na to, jaki Remek (Remigiusz „Overpow” Pusch – przyp. red.) jest w graniu profesjonalnym, jaki to Creaton ma znowu drive do grania czy jak ja z Mystiqiem (Patrykiem „Mystiques” Piórkowskim – przyp. red.) chcemy się pokazać – lecz nic bardziej mylnego. Tak naprawdę Creaton nie chciał grać, ale został troszeczkę namówiony do próbowania podczas IEM w Katowicach, tak samo było ze mną i przedłużyliśmy wtedy umowy. Jeszcze wierzyliśmy, że jednak nam się uda, lecz gdy przegraliśmy na MP, było nawet widać moje załamanie i frustrację, gdzie w gierce o trzecie miejsce często po prostu popełniałem samobójstwa. Wtedy wszedł trzeci etap, gdzie każdy wiedział, ze nic nie ugramy. Wyszliśmy więc z założenia, że postaramy się jak najwięcej czasu spędzić ze sobą, bo pomimo iż nie było wyników i nikt nie grał dobrze, to dalej wszyscy się lubimy i lubiliśmy się wtedy. Przed iHG kompletnie nie znałem się z Mystiqiem i nie chciałem go poznać, lecz dzisiaj mam przyjaciela z Ligi, do którego mogę napisać zawsze i o wszystkim. Tak samo z Kubonem. Pomimo że iHG było fiaskiem, jeżeli chodzi o nasze wyniki, to mnie jako osobę dużo to zmieniło. Właśnie Kuba miał na mnie największy wpływ i wydaje mi się, że głównie dzięki niemu jestem dzisiaj tu, gdzie jestem.


Niewielu kibiców pamięta, że z Jakubem "Kubon" Turewiczem współpracowałeś już wcześniej, w barwach Overclockers, które brało udział w EU Challenger Series. Niestety wtedy wasze szyki mocno pokrzyżował ban, który otrzymałeś od Riotu w związku ze zmaganiami w kwalifikacjach do Mistrzostw Polski…


Cóż, do dzisiaj ta decyzja nie Riotu, a ESL, dotycząca MP, wydaje mi się kontrowersyjna. Zawodnik z innej drużyny, z podobną sytuacją, mógł grać. Żałuję. Żałuję tego, że wtedy to zrobiłem, bo wiem, że dobrze szło nam na scrimach, nieźle grało nam się ze sobą. Jednak byłem nowy w drużynie, nie chciałem stanowić jakiegoś kłopotu. Wydaje mi się, że głównym problemem było to, że nakładałem na siebie presję i stresowałem się, żeby niczego nie spieprzyć. Overclockers to smutny rozdział. Wydawało mi się na początku, że każdy chce ciągle grać profesjonalnie i każdy z graczy raczej też tak myślał. Jednak można było zauważyć zmęczenie, stąd też ten wynik 2-8. Możliwe, że gdybym grał od początku, to wynik byłby inny, ale jak już zaczęliśmy 0-4 to każdy był zdemotywowany. Często przyjmuję za dużo winy na siebie, ale tutaj to nie był pech z mojej strony, a duży błąd, za który zapłaciłem bardzo wysoką cenę. Pierwszy raz mogłem się pokazać na scenie Challenger Series, a dostałem bana i przegrałem kolejne cztery gierki, więc ludzie nie mieli o mnie najlepszego zdania…


To wszystko sprowadza nas jednak do twojej obecnej drużyny – Team Kinguin i waszych zmagań o grę w Challenger Series. Przez otwarte kwalifikacje z EUNE przeszliście jak burza, co nie było jednak niespodzianką. Teraz przed wami zamknięte eliminacje, które startują już 10 stycznia. Zmierzycie się tam z jedenastoma innymi zespołami, a poziom rywalizacji z pewnością będzie znacznie wyższy niż w otwartych kwalifikacjach. Jak wyglądają wasze nastroje przed tym etapem zmagań? Kogo najbardziej się obawiacie?


Patrząc na te jedenaście zespołów, nie widzę zespołu, którego nie moglibyśmy pokonać. Na ten moment wiemy, że nie spotkamy w grupie ESG (EURONICS – przyp. red.) ani FNC Academy (Fnatic Academy aka Late Game Kings – przyp. red.), ale będziemy grali na drużynę AT (AlienTech Gaming – przyp. red.), co według mnie jest bardzo korzystne. Mam trzy drużyny, które stawiam w roli faworytów tych kwalifikacji. Mówię tutaj o ESG/Nerv oraz, jeżeli wystartuje, o drużynie z plotek na reddicie, czyli Selfie/Kasing (ostatnie pogłoski mówią o tym, że drużyna, które znaleźliby się SELFIE, KaSing i Djoko ma wystąpić w CSQ – przyp. red.). Wydaje mi się, że oni są lepsi od reszty, ale nie niepokonani. W tych kwalifikacjach nie ma takiej drużyny jak Misfits czy Origen, jak to było w przypadku wcześniejszych eliminacji, więc wszystko może się zdarzyć.


Kinguin wydaje się zapewniać wam wszystko, czego potrzebujecie, w tym oczywiście podstawowy element – gaming house. Swoją drogą mieszkanie z drużyną a gra z domu to dwie zupełnie różne sytuacje. Jaka atmosfera panuje w zespole? Z kim najlepiej się dogadujesz, a kto… najbardziej działa ci na nerwy? (śmiech)


Atmosfera w drużynie jest bardzo dobra. Nie ma sytuacji po scrimach, że ktoś obwinia kogoś za błędy lub o to, że ktoś przegrał nam gierkę. Każdy zawsze rozumie, co tak naprawdę robi źle, dzięki czemu współpracuje się nam bardzo dobrze. Jakbym miał pomyśleć o kimś, z kim na ten moment dogaduję się najlepiej... Hmm… Szczerze to nie wiem. Jakoś nie ma jednej osoby, z którą lepiej bym się rozumiał. Przed przeprowadzką powiedziałbym, że w obydwu kategoriach wygrywa Woolite, który lubi mnie triggerować, a ja tego nie cierpię. Ale teraz nie wydaje mi się, żeby w GH była jakaś osoba, z którą dogaduję się lepiej niż z innymi czy też osoba, która działałaby mi na nerwy bardziej niż pozostałe.

 

 

 


Jednocześnie jedną z zalet gaming house’u jest fakt, że trener oraz sztab szkoleniowy mogą lepiej kontrolować harmonogram zawodników. Jak dokładnie wygląda twój plan dnia?


Myślę, że hatchy jakoś specjalnie nie musi kontrolować naszego harmonogramu, bo każdy ma ten sam cel i daje z siebie wszystko. Zazwyczaj wygląda to po prostu tak, że do 11 wstajemy, później od 12 do 18 gramy, mamy przerwę godzinną i znowu 5-6 godzin Ligi. Wydaje mi się, że takie coś jest optymalne. Każdy może zagrać więcej, ale takie minimum to właśnie te godziny. Wydaje mi się, że główną zaletą GH nie jest kontrolowanie przez trenera czy sztab szkoleniowy, lecz fakt, że łatwiej jest zażegnać problemy czy też każdemu prościej jest przedstawić swój punkt widzenia w grze na powtórkach, które trzeba oglądać.


Co zrozumiałe, taki harmonogram nie pozostawia wam wiele czasu na inne zainteresowania. Uważasz, że to dobrze, że powinniście bezgranicznie skupić się na przygotowaniach czy może trochę żałujesz, że nie macie więcej czasu dla siebie? To rodzi kolejne pytanie - czym interesujesz się poza graniem w League of Legends? Jaki jest tak naprawdę Wojciech „Tabasko” Kruza?


Nie wiem czy e-sport w ogóle, ale Liga Legend jest raczej taka, że trzeba się poświęcić w całości, nie ma za bardzo czasu na życie prywatne. Dużo ludzi widzi tylko "gra w gry i zarabia na tym", ale no jednak człowiek dużo temu poświęca. Tak naprawdę kiedy każdy imprezuje, ja siedzę przed komputerem i trenuję do kolejnego turnieju, ale też nie narzekam na to specjalnie. Szczerze mówiąc, nie mam jakichś innych zainteresowań, ale zawsze kiedy chcę się rozluźnić, to lubię sobie pośpiewać. Może nie wychodzi mi to jakoś najlepiej, ale jak tak teraz myślę to jest ta rzecz, która sprawia mi największą przyjemność w życiu. Bardzo lubię słuchać polskich piosenek, a w szczególności polskiego rocka, coś typu Strachy Na Lachy. Jak z tego wynika, nie jestem raczej ciekawą osobą, ale no cóż, coś trzeba poświęcić, żeby kiedyś znaleźć się na szczycie.

  

 

 


W tym, co powiedziałeś jest wiele prawdy - e-sport niestety nadal nie jest postrzegany do końca poważnie, ale wydaje się, że to się powoli zmienia. Niedawno pojawiły się w naszym kraju dwie drużyny dysponujące gaming house'ami - wy oraz AGO Gaming. Powstało też kilka naprawdę interesujących drużyn z Team Rebels na czele, a na polskie turnieje coraz częściej przyjeżdżają także zagraniczne formacje. Uważasz, że polska scena zmierza w odpowiednim kierunku?


Szczerze to sądzę, że to wszystko idzie w dobrym kierunku ale jak już zażegnaliśmy jeden problem, to pojawia się drugi. Kiedy już wcześniej mówiłem o iHG, to można było zauważyć, że głównym problemem było to, że nie mieliśmy z nami trenera. Wydaje mi się, że tak samo było z AGO. Chodzi mi o to, że sam Gaming House nie zrobi z was od razu dobrych zawodników. Potrzebny do tego jest ktoś, kto będzie wam pomagał jako ta szósta osoba, ten trener. My mamy hatchy’ego, dlatego wydaje mi się, że nam GH bardzo pomaga, jeżeli chodzi o progres. Ale z tego co wiem to AGO nikogo nie miało, może analityka, który tak naprawdę nie ma wpływu na drużynę. Co do Team Rebels, może zostanę znienawidzony, może nie, ale wydaje mi się, że jest to najbardziej overhyped drużyna w Polsce. Lubię zawodników, nic do nich nie mam na poziomie personalnym, ale to, co się działo dotychczas, to było po prostu szczęście lub niedocenianie przez przeciwników. Drużyn zagranicznych aż tak dużo nie mamy jeżeli chodzi o lany, mamy co turniej sklejkę niQ’a, która dostaje zaproszenie na każdy możliwy turniej, nie wiadomo dlaczego - i to są głównie drużyny zagraniczne. Ostatnio mieliśmy Geforce Cup, gdzie no było te pięć drużyn zza granicy, ale nie wydaje mi się, żebyśmy widzieli na ten moment jakieś importy w MP. Jednak możliwe, że zagraniczne drużyny będą grały FEC-a który podwyższa nagrody co sezon. Uważam, że tak - polska scena zmierza w dobrym kierunku, ale nie mówię tutaj o tym, że jest to zasługa graczy, a organizacji takich jak ESL/FEC czy Frenzy, które organizują te turnieje i jest większe zainteresowanie LoL-em niż dotychczas. Pomimo że rywalizują ze sobą to zrobili bardzo dużo dobrego dla polskiego LoL-a w ostatnich latach.


Dobrze, że wspomniałeś o trenerach, bo chciałem poruszyć ten temat. Co ciekawe, zdarzyło ci się współpracować z każdym z trzech najbardziej znanych polskich trenerów: z Adrianem „hatchy” Widerą (Team Kinguin), z Fryderykiem „Veggie” Koziołem (Overclockers, IHG) oraz z Mateuszem „Kittz” Tomczakiem (Kolejny Cios) - przy czym ten ostatni często oskarżany jest o brak odpowiednich kompetencji. Jak porównałbyś pracę z każdym z nich? Który posiada według ciebie największe umiejętności, z którym rozumiałeś się najlepiej i dlaczego właśnie z hatchy’m? (śmiech)


Hmm, to może pomówmy chronologicznie. Na początku współpracowałem z Mateuszem, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze co to jest trener, jak to ma funkcjonować i myślę, że on był bardziej analitykiem - i to dobrym. Nie mogłem akurat wtedy narzekać na jakieś problemy, jeżeli chodzi o bohaterów, jakimi grają przeciwnicy lub też co lubią często robić. Ja go pamiętam z tej dobrej strony i nie było sytuacji, żebym zawiódł się na nim całkowicie. Potem nadszedł Fryderyk, o którym słyszałem, że jest bardzo dobrym trenerem. Po prostu słuchałem co on mi mówi i starałem się dawać z siebie wszystko, myślałem że Veggie będzie strasznie wymagający i surowy, ale tak się nie stało. W tym momencie nie mam pojęcia, z którym trenerem rozumiałem się najlepiej, bo kiedy rozmawiasz z Veggie’em to po prostu czujesz się jak u siebie w domu. Jakby to powiedzieć, no lubi się, kiedy on coś mówi, niezależnie od tego, o czym mówi. Ale napotkaliśmy problem, kiedy, ze względu na brak czasu, według mnie zabrakło mu wiedzy w iHG i pod koniec Overclockers. Tak naprawdę zatrzymał się wtedy w mecie, która była parę miesięcy temu, wyglądało to tak, że my się mieliśmy uczyć od trenera, ale on nie był w stanie uczyć się od nas. Teraz, kiedy pracuję z hatchy’m, to on sam ma świadomość, że nie wie wszystkiego i jeżeli popełni błąd, jest w stanie się do tego przyznać. Często nam powtarza "gracze się uczą od trenera i trener się uczy od graczy". Hatchy’ego bardziej bym nazwał trenerem, który zajmuje się lifestyle coachingiem? Jeśli coś takiego istnieje. Ale on nie skupia się, jak Veggie, na grze - nie próbuje się dowiedzieć dlaczego w tym momencie ktoś rzucił warda tam, a nie gdzieś indziej, ale próbuje rozwijać zarówno samych graczy, jak i nasze makro. Nie wiem jak to opisać, ale kiedy z nim rozmawiamy o grze czy o problemach, które ktoś z nas ma, to mogę znaleźć przyjaciela, dzięki któremu poczuję się lepiej i będę też automatycznie lepiej grał. Pomógł mi zmienić moje nastawienie, dostrzegłem, że nie jestem taki słaby jak mi się wydaje i zobaczyłem, że jednak mogę się nauczyć grać w tą grę jeszcze lepiej. Z hatchy’m i Veggie’em dogadywałem się tak samo dobrze, ale to hatchy jest lepszym trenerem dla mnie, bo ja potrzebuję bardziej pomocy w budowaniu pewności siebie czy też pomocy z głową, że tak powiem, niż kogoś kto nauczy mnie grać lepiej mechanicznie. 

  

 

 


Wspomniałeś już nad czym wraz hatchy’m pracujecie pod względem twoich indywidualnych poczynań. Na co tymczasem kładziecie ostatnio największy nacisk jako drużyna?


Nie mogę opowiedzieć o pojedynczych aspektach, nad którymi pracujemy lub na które kładziemy ostatnio największy nacisk. ale mogę powiedzieć, że staramy się być drużyną, która nie wygrywa dlatego, że jest lepsza indywidualnie, ale dlatego, że popełnia mniej błędów i gra lepiej właśnie jako zespół.


Tak, to zrozumiałe, że nie możesz zdradzić zbyt wiele w tej kwestii. Może więc na koniec wróćmy do samej gry. Którzy dżunglerzy są według ciebie obecnie najmocniejsi do gry na profesjonalnej scenie, a jakich poleciłbyś naszym czytelnikom do zmagań w kolejce solowej?


Moim zdaniem w tym momencie najsilniejszy jest Lee Sin i każdemu polecam nim pograć, bo ten bohater nie nudzi się nawet po tysiącu gier. Można też pograć jakąś Elise z mobilitkami dla free elo, a na piątkach mocny wydaje mi się jeszcze Ivern. Czekam na LCS, bo wiem, że w Europie mamy jednego gracza, który ma bardzo dobrego Iverna i chcę pooglądać tę postać na scenie.