Znam go prawie całe swoje dziennikarskie życie. Pamiętam początki, treningi z Januszem Gortatem, sparingi, pierwsze wywiady. Nie był łatwym rozmówcą, podobnie jak nasz słynny skoczek, Adam Małysz, wiele lat później. Zresztą tenże Małysz, kiedyś w Planicy, uciekając przed dziennikarzami mówił: macie Gołotę, to on jest gwiazdą, z nim rozmawiajcie.

Faktycznie, walki z Riddickiem Bowe w drugiej połowie lat 90-tych sprawiły, że pięściarz warszawskiej Legii stał się sławny, zresztą nie tylko w Polsce. Po tej drugiej, w grudniu 1996 roku, przegranej w podobnym stylu jak w pierwszej, na styczniowym Balu Mistrzów Sportu mówiono tylko o nim. Coś o tym wiem, komentowałem bowiem ten pojedynek w Atlantic City, a później w Warszawie szukałem właściwych odpowiedzi dlaczego zrobił, to co zrobił. I prawdę mówiąc nigdy ich nie znalazłem, podobnie jak on sam.

A pytania wciąż padają. Na igrzyskach w Rio de Janeiro pytał mnie o to Anthony Joshua, który często odwiedzał bokserską halę i jak się okazało dobrze zna historię przedziwnych wojen Pana Andrzeja. Ta druga z Bowe’em znajduje pierwsze miejsce w rankingu największych horrorów, nie tylko w mojej prywatnej klasyfikacji. Ale było ich przecież znacznie więcej, choć na pewno nie tak dramatycznych. Miał zaledwie 17 lat, gdy bił się w finale mistrzostw świata juniorów w Bukareszcie (1985) z Felixem Savonem, późniejszą legendą amatorskich ringów. Przegrał przed czasem i długo nie mógł zapomnieć Czesławowi Ptakowi, który stał w jego narożniku, że poddał go zbyt wcześnie.

Rok później stoczył na warszawskich Bielanach (AWF) krótki sparing z Lennoxem Lewisem, a wcześniej w meczu Polska – Węgry pokonał utytułowanego, starszego o dekadę Węgra Gyulę Alvicsa. Nigdy wcześniej, ani później nie spotkałem tak utalentowanego, tak dobrze wyszkolonego polskiego pięściarza wagi ciężkiej jak Gołota. Ale też nikt nie spalał się tak bardzo przed ważnymi pojedynkami. Czasami te swoje wewnętrzne wojny wygrywał i wtedy był blisko mistrzowskich pasów. Ale ile to musiało go kosztować?

Ci, którzy go znali denerwowali się wraz z nim, przeżywali wyjątkowo emocjonalnie jego pojedynki. Komentując jego walki, czy też opisując, w taki właśnie, jedyny w swoim rodzaju sposób je odbierałem. I właśnie tych emocji nie zapomnimy. Najlepszego Andrzej.