Łukasz Majchrzyk: Pierwsze derby w roli trenera, a pan mówi, że nie przeżywa szczególnych emocji z nimi związanych. Zaczynają się gry psychologiczne?

Przemysław Frasunkiewicz: Może lepiej powiedzieć, że nie czuję szczególnego napięcia. Czuję taką samą presję, jak przed każdym innym meczem. Kiedy wejdziemy na halę, to pewnie pojawią się większe emocje, ale pamiętajmy, że nie mogę się dać ponieść emocjom, tylko pomagać zawodnikom.

Mówił pan przed sezonem, że musi się nauczyć prowadzenia drużyny w trakcie spotkań. Dla pana mecz z Treflem to też będzie sprawdzenie samego siebie?

Uczę się cały czas tego zawodu. Jeśli ktoś przestaje się uczyć, to zaczyna się cofać. Mam nadzieję, że jeśli porozmawiamy za 10 lat, to chciałbym odpowiedzieć tak samo. Czy derby to mecz do stresów, nauki? Jako zawodnik trochę inaczej do takich spotkań podchodziłem, mogłem się skoncentrować na sobie. Teraz muszę być cały czas skoncentrowany, bo jest spora grupa zawodników, którzy nie mają doświadczenia i bez podpowiedzi z ławki sami nie zagrają. Trzeba ich cały czas pilnować.

Kogo najbardziej trzeba pilnować?

Odpowiem w ten sposób, że im ktoś jest młodszy, tym bardziej trzeba go pilnować. Jedynym wyjątkiem jest Marcel Ponitka, bo chociaż jest najmłodszy, to wiedzę o koszykówce i rozumienie gry ma naprawdę spore. Czasami jego też może jednak ponieść fantazja.

Fantazja poniosła go w kontrze w końcówce meczu ze Stelmetem, kiedy mógł zdobyć punkty przesądzające o zwycięstwie?

Kontra ze Stelmetem wyszła jak wyszła. Na to już teraz nie ma się wpływu. Marcel poszedł wtedy mocno, zaatakował kosz, zabrakło wykończenia. Może to był wynik zmęczenia, odrobiny dekoncentracji? W tamtym meczu grał bardzo dobrze, ciągnął naszą grę w wielu momentach. Jego takie mecze mobilizują..Chciałbym, żeby każdy młody zawodnik się tak poświęcał dla drużyny jak on.

Wróćmy jeszcze do samych derbów. Jako zawodnik bardziej je pan przeżywał?

Bardzo lubiłem grać takie mecze. Jeżeli się jest zawodnikiem, to się martwię o siebie. Czasami tylko martwi się o pozostałych, kiedy idzie dobrze i jeśli starczy sił na takie "zmartwienia". Trener martwi się o 12 osób w zespole. Nawet, jakby się człowiek chciał zajmować czymś innym, to nie ma czasu. Czasami nic nie robię przed samym meczem, czasami poprawki w planie gry nanoszę jeszcze w ostatniej chwili. Mam mniej czasu na przeżywanie takich spotkań.

To dlatego czasami w garnitur przebiera się pan w ostatniej chwili - przed spotkaniem z Rosą do wywiadu stanął pan w dresie Czy to może był jakiś przesąd?

Jestem przesądną osobą, ale tutaj na pewno nie o to chodziło. Chyba, zwyczajnie się nie wyrobiłem (śmiech).

Jakieś przesądy pan zdradzi? Dziennikarze lubią takie rzeczy.

Lubię liczby (śmiech).

To typowe w koszykówce...

Moimi ulubionymi liczbami są 6 i 15. Spotkanie z Treflem gramy 6 stycznia, a to są moje 15. derby. Mam nadzieję, że będzie dobrze (śmiech).

Nie macie ostatnio dobrej passy, ale przecież nie graliście źle w ostatnich spotkaniach. O co chodzi w takim razie?

My przegrywaliśmy mecze w końcówkach, kiedy decydowały 1-2 akcje. Jeśli te decydujące akcje rozwiązalibyśmy inaczej, to wtedy wygralibyśmy 2-3 mecze więcej. Nie ma co patrzeć na nasze statystyki z tych meczów. Najważniejsze jest to, że graliśmy to, co chcieliśmy do końca tych meczów, a to przecież były bardzo dobre drużyny. Brakowało doświadczenia, odrobiny szczęścia. Bardziej bym patrzył na styl. Z mocnymi musimy wykonać nasz plan w 100 proc., żeby liczyć na zwycięstwo.

 

W takich meczach decydują detale. Bartosz Diduszko trafił za trzy punkty tuż po tym, jak wybijał piłkę z autu. To można było wybronić.

 

Tutaj zawiodła komunikacja. W tamtym miejscu byli Bartek Jankowski z Piotrem Szczotką i zaszło nieporozumienie w obronie, brak komunikacji. Zamiana krycia powinna być wykonana bardzo ostro, krótko, można powiedzieć, że "z ręki do ręki", a była luźna i zawodnik Polskiego Cukru miał za dużo miejsca. Bartek nie słynie z tego, że rzuca seriami z dystansu, a w tamtym spotkaniu trafił 4/4. Zawodnicy nie spodziewali się chyba, że trzeba go kryć tak krótko w tej sytuacji. Czasami jednak tak jest, że zawodnicy, którzy nic nie trafiają, mają swój dzień.

 

Podobnie było w spotkaniu ze Stelmetem.

Mamy założenia, które staramy się zrealizować, ale z tym bywa różnie. Mało osób zdaje sobie z tego sprawę, że takie spóźnienie jak przy rzucie Diduszki to nie jest kwestia 2-3 sekund, ale 0,5 sekundy. To decyduje, czy się wygrywa z faworytem, czy nie. W ostatnich sekundach meczu ze Stelmetem popełniliśmy miniaturowy błąd i Łukasz Koszarek bezwzględnie to wykorzystał. Brakuje nam doświadczenia, a do tego czasami jeszcze odrobiny szczęścia, żeby przeciwnik nie trafiał. W meczu z Toruniem nie pozwalaliśmy na łatwe rzuty za trzy punkty, a mimo tego rywale trafili na skuteczności ponad 47 proc.

Takie rzuty w derbach może trafiać Anthony Ireland. Pewnie przeciwko niemu zagra bardzo mobilny Krzysztof Szubarga. Może sobie z nim poradzi?

Ireland wykonuje czasem takie rzuty, że można tylko się przyglądać, jak piłka wpada do kosza. Jeśli on po 2,3 kozłach się odchyla i rzuca, to mało co można zrobić. Na takie rzuty się godzimy, bo nie ma wyjścia. Jeśli będzie rzucał przez ręce i trafiał, i z tego zdobędzie 30 punktów, to nie można na to poradzić nic. Nie chcemy pozwolić na kontry, lay upy. Sami byśmy się chcieli kontrami żywić.