Przerwy na żądanie trenerów, nieraz po każdej praktycznie akcji, znacznie obniżają dynamikę ostatnich fragmentów spotkań, a wydłużają czas ich trwania. Kibicom coraz mniej się to podoba.

 

- Każdej dyscyplinie sportu zależy na uatrakcyjnieniu formatu. Ludzie, szczególnie młodzi, mają mniej cierpliwości i trudno im skupić na czymś dłużej uwagę. Oczywiście, że kiedy końcówki meczów są emocjonujące i trwają długo, m.in. ze względu na czasy brane przez szkoleniowców, to jest to ciekawe, ale są spotkania, że kibic nie jest zainteresowany przedłużającym się spotkaniem - powiedział Silver.

 

Jak podkreślił, władze ligi przyglądają się szczególnie kwestii przerw na żądanie trenerów w ostatnich minutach, a nieraz nawet sekundach, gry.

 

- Analizujemy przede wszystkim to, co dzieje się w dwóch ostatnich minutach - dodał Silver w rozmowie z "USA Today".

 

Każdej drużynie w NBA przysługuje w całym meczu sześć jednominutowych przerw na żądanie. O time out może poprosić zarówno trener, jak i zawodnik. Oprócz tego w każdej kwarcie są tzw. przerwy komercyjne. To wszystko sprawia, że składające się z czterech kwart (każda po 12 minut czystego czasu gry) mecze trwają dwie i pół godziny, a nawet dłużej, zaś ostatnie 120 sekund może toczyć się przez kilkanaście minut.

 

Ponad dwa lata temu po raz pierwszy władze NBA zaczęły myśleć o skróceniu czasu spotkań. Eksperymentalny pomysł - cztery kwarty po 11 minut (łącznie 44 minuty gry) - zrealizowano tylko raz w meczu przedsezonowym Brooklyn Nets z Boston Celtics. Opinie koszykarzy i trenerów były podzielone i raczej mało entuzjastyczne.

 

Spotkania na całym świecie, rozgrywane według przepisów Międzynarodowej Federacji Koszykówki (FIBA), trwają 40 minut - cztery kwarty po 10 minut. Ten sam czas gry i podział na części obowiązuje również w kobiecej lidze za oceanem - WNBA.