Chorwaci mieli mało czasu na przygotowanie do meczu ze Słowenią, bo jeszcze w piątek rywalizowali z Norwegią w półfinale. Nie dość, że przegrali, to jeszcze w dramatycznych okolicznościach: w dogrywce, a wcześniej Zlatko Horvath nie wykorzystał rzutu karnego na wagę awansu po regulaminowym czasie gry. Można było się zastanawiać, w jakiej będą dyspozycji fizycznej i psychicznej.

Początek pokazał, że piątkowa porażka wpłynęła na nich raczej pozytywnie. Poza krótkim epizodem, kiedy Słowenia prowadziła jedną bramką, dominowali Chorwaci. Swoje robił Manuel Strlek, tempo w odpowiednim momencie podkręcili Luka Sebetic oraz Luka Cindric i do przerwy na tablicy wyników widniał bezpieczny rezultat: 18-13 dla graczy Babica.

Po przerwie Słoweńcy rzucili się do odrabiania strat, lecz Chorwaci szybko sprowadzili ich na ziemię, prezentując kapitalną skuteczność. W pewnym momencie - konkretnie na 20 minut przed końcem - było już 24:16 i mało kto spodziewał się, że wydarzy się coś spektakularnego. W końcówce podopieczni Babica jakby zaczęli odczuwać trudy piątkowego spotkania, przez co kompletnie się pogubili. Wykorzystali to ich rywale, którzy nie dość, że grali efektywnie, to jeszcze efektownie. Do świetnych wrzutek doszła też znakomita gra skrzydłami, a na trzy minuty przed końcem był remis.

Było bardzo nerwowo, a po bramce Boruta Mackovseka zrobiło się 31:30 dla Słowenii. Chorwaci mieli kilkadziesiąt sekund na zdobycie wyrównującej bramki, lecz przeciwnicy nie dali sobie odebrać historycznego medalu mistrzostw świata.

Słowenia - Chorwacja 31:30 (13:18)