Sporty walki

Rekowski ciężko znokautowany przez Takama...

W tekście „Niebezpieczna gra” pisałem kilka dni temu o zagrożeniach i ryzyku z jakim wiąże się ta walka. Kameruńczyk z francuskim paszportem bije bardzo mocno i każdy, kto choć trochę zna się na boksie wiedział, że wcześniej czy później znokautuje pięściarza z Kościerzyny.

 

Oczywiście nie brakowało głosów internetowych „ekspertów”, że przesadzam pisząc o sile ciosu Takama i niebezpieczeństwie związanym z tym pojedynkiem, ale zdrowy rozsądek podpowiadał co innego. I to z wielu powodów.

 

39 letni Marcin Rekowski, przesympatyczny człowiek i solidny bokser, najlepsze czasy ma już za sobą. Przegrane przed czasem z Nagym Aguilerą i Andrzejem Wawrzykiem pokazały wyraźnie, że zdrowie już nie to. A przecież Takam to inna, wyższa półka. Prawdziwy tur, który jak równy z równym bije się z Josephem Parkerem, aktualnym mistrzem WBO. Tymczasem Rekowski na przygotowania czasu miał niewiele. Pomysł na ten obarczony dużym ryzykiem pojedynek „urodził ” się bowiem po Nowym Roku.

 

Polski pięściarz nie ukrywał, że podejmuje to wyzwanie z przyczyn finansowych. Nie on jeden z chęci zysku wchodził na takie pola minowe, to jest ta druga, ciemniejsza strona boksu. Ale pięściarze przecież takich walk sami nie organizują, ktoś im takie propozycje składa i namawia doskonale wiedząc, jak to się skończy.

 

Ta walka ze sportowego punktu widzenia nie miała żadnego sensu. O tym też pisałem: dlaczego IBF godzi się na walkę Rekowskiego o jeden ze swoich mniej znaczących pasków (wakujący IBF Inter Continental) znając bilans jego ostatnich pojedynków?

 

Co gorsza, myślę, że nie jest to przypadek odosobniony, bo zawsze, niestety, najważniejsze są pieniądze. Podobnie myślą promotorzy, choć ten związany kontraktem z Rekowskim (więc wydawałoby się w tym konkretnym przypadku najważniejszy), Andrzej Grajewski, nie chciał tej walki, gdy się już, jako ostatni, o niej dowiedział. Ci, którzy wystąpili z tą propozycją obiekcji jednak nie mieli.

 

Pamiętam jak przed laty Piotr Pożyczka, nieżyjący już trener i menedżer Marka Piotrowskiego nie zgodził się na jego walkę o mistrzowski tytuł z Reggie Johnsonem, choć honorarium wynoszące ćwierć miliona dolarów było wyjątkowo kuszące. Z finansowego punktu widzenia, ale ze sportowego też, to miała być dla Piotrowskiego walka życia. Dla Pożyczki również, otrzymałby 43 procent tej sumy (33 procent jako menedżer i 10 jako trener). Ale Piotrek wiedział, że Marek ma nasilające się problemy zdrowotne i powiedział "NIE".

 

Albo nieco inna sytuacja: słynna Thrilla in Manila w 1975 roku. Eddie Futch poddaje po 14 rundzie Joe Fraziera, choć ten za wszelką cenę chce walczyć dalej z Muhammadem Ali. W tej wielkiej, bokserskiej wojnie wszystko było przecież jeszcze możliwe, a to był trzeci, ostatni pojedynek tych dwóch wielkich mistrzów. Ale Futch nie miał wątpliwości: bałem się o jego życie, znam przecież go tak długo, znam jego rodzinę, nie mogłem dopuścić do tragedii – powie później słynny trener.

 

Szkoda, że w przypadku Rekowskiego zabrakło takich ludzi.