Pierwszy pojedynek wyglądał niestety naprawdę jednostronnie. Od samego początku tempo gry dyktowało Misfits i aż do samego końca rozwijała się ona pod ich dyktando. Unicorns of Love nie chciało tanio sprzedać swojej skóry i dzielnie stawiało opór rywalom, od czasu do czasu krzyżując ich plany, lecz starania graczy były mocno niewystarczające, a zastraszający przez wiele minut brak jakiejkolwiek wizji spowodował kompletne poddanie się ofensywie przeciwników. 

Start drugiej batalii wyglądał bardzo podobnie do poprzedniej, ale tym razem UOL mogło pochwalić się o wiele lepszą kompozycją, co w połączeniu z odpowiednimi rotacjami zapewniło im powrót do gry. Już w 18. minucie udało im się zniszczyć wrogi inhibitor, lecz od tego momentu pojedynek niesamowicie się wyrównał i był wręcz przepełniony walkami drużynowymi. Mimo tego, że górą z nich częściej wychodziło MSF, to lepszą kontrolę nad obiektami na mapie sprawowali oponenci. Po nadwyrężeniu bazy wroga mieli oni całe Summoner's Rift dla siebie, więc wyrównanie serii było tylko kwestią czasu. 

Ostatnie starcie było dziwnym połączeniem obu poprzednich. Najpierw PowerOfEvil zdominowali adwersarzy, lecz tym udało się skraść Barona w 23. minucie, odwracając los rozgrywki na swą korzyść. Za licznie zniszczonymi strukturami wroga nie szło jednak powodzenie w teamfightach, w których nadal królowało Misfits. "Jednorożce" zdołali pozbawić rywali nawet dwóch inhibitorów naraz, lecz zabrakło im pary na dokończenie dzieła, co z czasem zadecydowało o wygranej MSF kilkanaście minut później. 

Kolejny mecz nie był już tak wyrównany, jak poprzedni. Zawodnicy H2K zdecydowanie lepiej podejmowali decyzje, a ich ruchy na mapie były dla Fnatic tak niewiarygodne, że kompletnie nie dawało rady za nimi nadążyć. Konsekwentnie zdobywane wzmocnienia smoków i niszczone budowle wroga zbudowały dla ekipy Jankosa na tyle dużą przewagę, że tłumili oni prawie wszystkie desperackie próby FNC. Koniec końców półfinaliści IEM Katowice bez większych kłopotów zakończyli dzień pewnym 2-0.