Kiedy w roku 1975 zdał egzamin na licencję żużlową (pozwala na udział w oficjalnych zawodach), nikt nie myślał, że narodził się zawodnik wyjątkowy na skalę światową. W miejscowym Falubazie jeździł przez 31 sezonów. Po odejściu z drużyny „Myszki Miki” został zawodnikiem „poznańskich skorpionów” aż przed Wigilią roku 2007, w zielonogórskim amfiteatrze w obecności kilku tysięcy kibiców powiedział: koniec.

 

Motory kochał i dosiadał je już jako młodzian. Przed osiemnastymi urodzinami postanowił zapisać się do sekcji żużlowej Falubazu, jednak rodzice nie chcieli o tym słyszeć. Pomogła mu więc siostra, razem z którą stworzyli fałszywą „zgodę” opiekunów, konieczną do zapisania się w klubie. Kiedy na pierwszym treningu dosiadł „żużlówkę”, trenerzy przecierali oczy ze zdumienia, bo oto młodziak po kilku okrążeniach opanował tak zwany ślizg kontrolowany (trudna, charakterystyczna jazda w lewo na wirażu). Po kilkunastu miesiącach Andrzej Huszcza był już podstawowym zawodnikiem ekipy z winnego miasta. Po trzech latach jazdy w Falubazie, w roku 1978 na torze „wrogiej” Stali Gorzów otarł się o podium Indywidualnych Mistrzostw Polski i zajął 4. miejsce. W dodatkowym wyścigu, którego stawką był brązowy medal, zawodnik z Zielonej Góry przegrał z wrocławianinem, Robertem Słaboniem.
 
Pierwszy raz zobaczyłem Jubilata w roku 1985, kiedy był już uznawany za jednego z najlepszych zawodników w Polsce. Dla fanów Falubazu był już wówczas Idolem, jakiego nie mieli nigdy wcześniej. Polscy kibice czekali na medale z imprez nie tylko w kraju. Jednak brak znaczących wyników na arenie międzynarodowej, to główne przekleństwo lat komuny i ówczesnego motorowego zaścianka w czasach PRL. Andrzej Huszcza, zawsze z uśmiechem na twarzy, dla kibiców czarnego sportu był bohaterem, więc słabsze występy w eliminacjach do Mistrzostw Świata szybko szły w zapomnienie. Najważniejszy w karierze był sponiewierany stanem wojennym, rok 1982. Sympatyczny, niski „motozawadiaka” zdobył złoto z drużyną w Mistrzostwach Polski, Mistrzostwach kraju w Parach i dodatkowo złoto w Indywidualnych Mistrzostwach Polski. Turniej ten wygrał 22 lipca, kilka godzin po tym jak na świat przyszła jego córka!
 
Jego kariera to dziesiątki medali i pucharów. Do najcenniejszych należą dwa brązowe krążki wywalczone w Drużynowych Mistrzostwach Świata (1978 i 1980). Był to okres, kiedy polscy żużlowcy pierwszy raz w historii próbowali swoich sił na najtrudniejszych torach w lidze angielskiej. Huszcza ruszył na Wyspy między innymi z Romanem Jankowskim, Zenonem Plechem i Markiem Cieślakiem. Był zawodnikiem Leicester, Hackney i Reading. Kto wie jak potoczyłyby się losy Pana Andrzeja, gdyby nie stan wojenny, który zmusił wielu żużlowców do zakończenia kariery poza granicami PRL?

 


 
Wieloletni kapitan Falubazu spędził 31 sezonów w zielonogórskiej ekipie. Nie mógł i nie miał siły, aby powiedzieć koniec, więc kolejne dwa lata był zawodnikiem PSŻ Poznań. W końcu jednak sił w ramionach było już mniej i ligowe ściganie musiało pość w odstawkę. Z żużlem jednak się nie rozstał i został trenerem. Cały czas jest w Falubazie gdzie szuka, szlifuje i uczy najmłodszy lubuski żużlowy narybek. Za wszystkie zasługi już 20 lat temu otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Miasta Zielona Góra.

Szanowny Jubilacie! Zdrowia, szczęścia i radości! W domu rodzinnym i w tym drugim domu – żużlowym, przy ulicy Wrocławskiej 69! Bądź jaki jesteś, bo takiego kochają Ciebie kibice w całej Polsce.

Nie pamiętam momentu, kiedy Andrzej Huszcza był zły, zamknięty w sobie czy zamknięty przed kibicami. To postać wyjątkowa, od której bije serdeczność, dobro i chęć pomocy innym. Szacunek do jego osiągnięć widzi się w każdym żużlowym miejscu na świecie. No bo ilu jest zawodników, którzy w wieku 50 lat, potrafili na torze ucierać nosa znacznie młodszym i niby lepszym żużlowcom. Sto lat Mistrzu!