Siatkówka

Kowal odchodzi z Asseco Resovii Rzeszów

Ostatnie tygodnie musiały być wyjątkowo trudne dla trenera Kowala. Szkoleniowiec Resovii atakowany był dosłownie ze wszystkich stron. Także ze strony kibiców swojego klubu, tych najbardziej zagorzałych też. W sporcie liczy się to co teraz, dzisiaj, mało kto patrzy na to, co wydarzyło się dwa czy pięć lat temu. Ten sezon dla Resovii jest jaki jest, oczekiwania były z pewnością większe, ale ocena pracy trenera Kowala w Resovii tylko i wyłącznie przez pryzmat tego jednego sezonu jest mocno niesprawiedliwa. Konstruktywna krytyka jest w porządku, ale zwykły hejt i wszelkiej maści złośliwe komentarze są nie do przyjęcia. Szczególnie wtedy, kiedy chodzi przecież o "swojego" człowieka dla którego Resovia, tak jak dla tych najbardziej zagorzałych, była, jest i pewnie będzie wszystkim.

 

Idę o zakład, że gdyby trener Kowal miał na imię Andrea, a nie Andrzej, to ocena jego pracy byłaby niewspółmiernie bardziej korzystna i pewnie nikt nie pozwoliłby sobie na tyle śmiałości w komentarzach na ile pozwolił sobie w stosunku do Andrzeja. No właśnie, ale tutaj można, bo to przecież Andrzej. Nasz Andrzej. Można przywalić, klepnąć mocno w plecy, nie odda, bo mu nie wypada. Bo on tu dalej będzie, swój chłop. A taki Andrea, nie wiadomo. Na pewno wyjedzie, ale wcześniej pewnie odda i odklepnie. Na tyle mocno, żeby wszyscy pamiętali ile wygrał, a nie tyle, ile mu się wygrać nie udało.

 

Nie jestem adwokatem trenera Kowala, ani jego rzecznikiem. Nie zamierzam też oceniać jego pracy, są bardziej kompetentni ode mnie w tej sprawie. Wyniki uzyskane przez drużynę prowadzoną przez trenera Kowala wymieniłem na wstępie. I mam nadzieję, że kibice Resovii, którzy nie raz pokazali swoją mądrość i klasę, przychodząc na mecz z Jastrzębiem będą pamiętali, co przeżyli z Kowalem w ciągu ostatnich kilku lat i podziękują mu za ten czas tak jak na to sobie zasłużył, czyli z pełnym szacunkiem dla prawdziwego Resoviaka.

 

Nie wiem, jaka przyszłość czeka trenera Kowala. Osobiście chciałbym, żeby popracował w zawodzie w innym miejscu, gdzieś poza Rzeszowem, gdzie pewnie też będzie towarzyszyła mu presja, ale już pewnie nie tak duża jak u siebie w domu.

 

No cóż, "swoi" zawsze mają trudniej w ocenach. Przykład trenera Kowala to jedno. Drugi przykład z tego sezonu to libero Skry Kacper Piechocki, który od początku swojej kariery musi się zmagać ze złośliwymi komentarzami kibiców, i to chyba tylko dlatego, że nazywa się Piechocki. Każdy, kto ma jako takie pojęcie o siatkówce dostrzeże jak fajnie się rozwinął na przestrzeni trzech ostatnich lat. Dostał od Ferdinando de Giorgiego powołanie do kadry i pewnie gdyby nazywał się np. Zieliński, to zachwytów i pochwał byłoby co nie miara, a że nazywa się Piechocki, to można przywalić. Szanujmy "swoich" ludzi. Wszystkich, ale "swoich" w szczególności.