Używając terminologii pięściarskiej pojedynek z Austrią był dla Polaków takim „eliminatorem” do walki o pas Mistrza Świata. Szansą na rywalizację z najlepszymi. Na przekroczenie bram sportowego raju. Pozostając w świecie boksu cofnijmy się w czasie dokładnie o 10 lat. 27 kwietnia 2007 roku ambitny, żądny sukcesów, mający marzenia Tomasz Bonin stoczył w Londynie pojedynek Davidem Haye'em. Brytyjczyk, dla którego był to w zasadzie jednorazowy „wyskok” do wyższej kategorii wagowej wręcz zdemolował naszego pięściarza. Haye już w pierwszej rundzie zakończył walkę po trzykrotnym posłaniu na deski Bonina. Polak, który już przed walką z góry był skazywany na porażkę, podjął wyzwanie. Starcie z Haye'em było dla niego jak zderzenie z rozpędzoną ciężarówką. W Londynie zamiast dwunastu rund, w ringu zdążył spędzić tylko trzy minuty. Powrót do rzeczywistości nastąpił zaledwie po 180 sekundach.

 

W piątek w Pałacu Sportu w Kijowie Polscy hokeiści zaledwie po dziesięciu minutach mogli już przestać marzyć o możliwości gry w Elicie. W tym momencie byli już trzy razy na deskach, a Austriacy widząc, że toczą pojedynek ze słabym rywalem potrafili go umiejętnie wypunktować. Pierwsza tercja 0-3, druga i trzecia po 0-4 i w konsekwencji przegrana 0-11. Ktoś się zatem zapyta jakim cudem szansa awansu w ogóle się pojawiła?

 

Od kilkunastu lat poziom polskiego hokeja, zarówno na poziomie ligowym jak i reprezentacyjnym notuje regres. Delikatnie mówiąc, bo wypadałoby napisać że jest to systematyczne niebezpieczne balansowanie nad przepaścią.

 

Piękna historia

 

Nie tak dawno minęło 25 lat od ostatniego występu Biało–Czerwonych na Igrzyskach Olimpijskich. W 1992 roku w Alberville reprezentacja Polski zajęła 11. miejsce rywalizując we Francji między innymi z reprezentacjami Finlandii, Szwecji czy Stanów Zjednoczonych. Podobnie wygląda sprawa jeśli chodzi o rozgrywane co roku Mistrzostwa Świata. Biało – Czerwoni w grupie A (obecnie Elita) grali dotychczas aż 29 razy. W ostatnich 25 latach już tylko raz. Było to w 2002 roku w Szwecji, ale nasz zespół nie zdołał zapewnić sobie utrzymania. W fazie grupowej Polacy przegrali ze Słowacją 0-7, Finlandią 0-8 i Ukrainą 0-3. Ćwierć wieku i tylko jeden występ w gronie najlepszych.

 

Ten awans do Elity nastąpił w 2001 roku, gdy Polacy dosyć niespodziewanie zdołali wygrać Mistrzostwa Świata Dywizji I w Grenoble. Mieliśmy szczęście, bo wcześniej dosyć niepodziewanie punkty pogubili nasi rywale. Ostatni mecz z Francuzami wprawdzie przegraliśmy, ale nie miało to już żadnego znaczenia dla układu tabeli. O tym jak duża to była niespodzianka niech świadczy fakt, że w trakcie trwania tego turnieju ówczesny Prezes Polskiego Związku Hokeja na Lodzie Zenon Hajduga poinformował, że po zakończeniu mistrzostw trener Wiktor Pysz zostanie zwolniony, a jego następcą zostanie Czech Frantisek Vyborny. Po sensacyjnym awansie do Elity sternik PZHL-u musiał wycofać się ze swoich deklaracji, a trener Pysz zachował swój stołek.

 

W latach osiemdziesiątych w Polsce modny był taki dowcip: „Reprezentacja Polski jest za słaba na występy w grupie A, ale za mocna by rywalizować w grupie B. Dlatego powinna grać w grupie „Ą”. Tyle, że kiedyś w grupie A grało tylko 8 zespołów. Teraz w Elicie jest 16 drużyn i choć po rozpadzie Związku Radzieckiego doszło kilka nowych hokejowych reprezentacji, to jednak nasza drużyna narodowa, a ściślej prezentowany przez nią poziom, w pewnym momencie zepchnął nas na hokejowe peryferie...

 

Rosyjski superduet nie pomógł

 

W 2011 roku Polacy spadli do Dywizji IB, czyli na trzeci poziom rywalizacji. Przez następne 3 lata naszym hokeistom przyszło mierzyć się z reprezentacjami takich krajów jak Australia, Litwa, Rumunia, Estonia czy Chorwacja. I nie są to hokejowe potęgi. Dopiero za trzecim podejściem udało się wrócić na zaplecze Elity, choć na turnieju w Wilnie przegraliśmy z Wielką Brytanią, a gospodarzy pokonaliśmy 3-2. Już wtedy naszą reprezentację prowadził znakomity rosyjski duet Zacharkin z Bykowem, którzy z reprezentacją Rosji zdobywali złote medale Mistrzostw Świata. To tak jakby trenerami naszej piłkarskiej reprezentacji został duet Mourinho i Villas Boas i to miałoby zagwarantować sukcesy oraz poprawę jakości gry naszej reprezentacji. Nierealne. I nierealne to było także w przypadku facjowców z Rosji. Zacharkin z Bykowem przyjeżdżali do Polski tylko na okres zgrupowań, nie oglądając praktycznie w ogóle meczów ligowych i w taki sposób planowali dokonać rewolucji w polskim hokeju. Polakom pod ich wodzą nie udało się awansować do Igrzysk Olimpijskich w Soczi, a do Dywizji IA wrócili dopiero za drugim podejściem. Obaj choć w Polsce przebywali rzadko to jednak za swoją pracę pobierali jak na warunki polskiego hokeja ogromne pensje (nieoficjalnie mówi się, że rocznie około miliona złotych). Dzisiejsze zadłużenie PZHL-u (oficjalnie ok. 4 milionów złotych) wynika właśnie w dużej mierze z kosztów zatrudnienia obu rosyjskich szkoleniowców.

 

Następcą Zacharkina i Bykowa został Jacek Płachta, jeden z naszych najwybitniejszych hokeistów. Przez blisko 20 lat występował w czołowych klubach niemieckiej zawodowej ligi DEL. Bez doświadczenia trenerskiego (jedynie krótki epizod w GKS-ie Tychy i w pierwszoligowym GKS-ie Katowice) podjął się misji zbudowania solidnej drużyny narodowej. Przez media nazywany kontynuatorem wizji  nakreślanej przez Zacharkina i Bykowa. Nie lubi jednak gdy jest do nich porównywany. On preferuje szkołę niemiecką, bo przez kilkanaście lat gry na zachodzie ten styl jest mu najbliższy.

 

Pod wodzą Płachty reprezentacja zrobiła postęp, ale nie na tyle duży aby awansować do Elity. Skoro czarodziejami nie byli Zacharkin z Bykowem, to tym bardziej czarodziejem nie mógł być mający od nich zdecydowanie mniejsze doświadczenie zawodowe Płachta. W 2015 roku w turnieju rozgrywanym w Krakowie walkę o awans przegraliśmy z Kazachstanem i Węgrami, w ostatnim decydującym meczu przegrywając z „Madziarami” 1-2. Rok później na turnieju w Katowicach awans wywalczyły reprezentacje Słowenii i Włoch. Wprawdzie Słoweńców zdołaliśmy wysoko pokonać, ale to nie wystarczyło by zagrać w Elicie. Zarówno w Krakowie jak i rok później w Katowicach występ Polaków był dobry i tyle. Nie na tyle dobry i szczęśliwy jak ten we Francji w 2001 roku. Podczas jednego i drugiego turnieju nie mieliśmy żadnych sportowych argumentów by móc walczyć o awans. Zasłużenie utrzymaliśmy się w Dywizji IA i to wszystko. Nic poza tym więcej.

 

W Kijowie cudu nie było

 

W tym roku turniej zaplecza Elity odbył się w stolicy Ukrainy. Beniaminkiem byli gospodarze, którzy krok po kroku odbudowują rodzimy hokej po wydarzeniach politycznych jakie miały miejsce w ich kraju. Do tego spadkowicze z zeszłego roku z Elity czyli Kazachstan i Węgry. Stawkę uzupełniały Austria oraz Korea Południowa. Na inaugurację przegraliśmy z Koreańczykami 2-4, potem jednak wygraliśmy z Ukrainą 2-1, ulegliśmy po dogrywce 0-1 Kazachstanowi i niespodziewanie pokonaliśmy Węgrów 2-0. Przed ostatnim meczem z Austrią mieliśmy matematyczne szanse na awans (do Elity bezpośrednio wchodziły dwie pierwsze drużyny). Wysoka porażka z Austriakami pozbawiła nas szans na grę w gronie najlepszych.

 

Czy z Austrią można było wygrać? Z jednej strony można napisać, że to jest sport i... tutaj należałoby postawić kropkę. Bo aby miał wydarzyć się cud, to najpierw trzeba mieć jakiekolwiek realne podstawy by do niego w ogóle doszło. A tych niestety nie ma nie tyle nasza reprezentacja Polski, co cały polski hokej.

 

Selekcja której nie ma

 

Przed turniejem na Ukrainie pojawiły się głosy, że selekcjoner Jacek Płachta nie powołał na mistrzostwa najlepszych zawodników. Przypominam, że słowo selekcjoner oznacza „trenera wybierającego sportowców do zawodów czyli przeprowadzającego selekcję”. Tylko, że aby móc być selekcjonerem to trzeba mieć możliwość wyboru. A tak naprawdę tej możliwości trener Płachta nie miał praktycznie żadnego. Ktoś się zapyta dlaczego w kadrze nie znalazł się choćby Jarosław Rzeszutko. Nie wydaje mi się, żeby napastnik GKS-u Tychy okazał się zbawieniem polskiej reprezentacji. Owszem w mającej przeciętny poziom lidze polskiej jest wyróżniającym się zawodnikiem, ale w rywalizacji z drużynami zdecydowanie lepiej wyszkolonymi technicznie nie ma szansy choćby błyszczeć. Słaba jazda na łyżwach i brak umiejętności gry pod pressingiem wystarczy na rywalizację z zespołami z Torunia, Oświęcimia czy Opola, ale już będzie problemem w starciu z Kazachstanem czy Austrią. Do Kijowa nie pojechał również Alan Łyszczarczyk, grający obecnie w Sudbury Volves w OHL (jedna z najlepszych juniorskich lig świata). 19-latek drugi rok walczy o to by zostać draftowanym do ligi NHL. Nie ulega wątpliwości, że ten chłopak ma spory potencjał, ale nie znalazł uznania w oczach naszego trenera. Krzysztof Oliwa, obecnie trener amerykańskiej drużyny juniorskiej Kalkaska Rhinos uważa, że Łyszczarczyk jest talentem, ale musi to poprzeć ogromną pracą. Jego zdaniem nasz młody hokeista koniecznie musi poprawić grę w obronie, bo bez tego nie ma szans by zagrał w NHL.

 

Brak następców Czerkawskiego i Oliwy

 

Przykład Łyszczarczyka, który zresztą hokejowego rzemiosła uczył się w Czechach pokazuje, że brakuje nam nie tyle talentów, co nawet dobrze rokujących na przyszłość reprezentantów kraju. Przed rokiem w rozgrywkach PHL (Polskiej Hokej Ligi) zachwycano się talentem Patryka Wronki. Nastolatek z Nowego Targu zdobył z Podhalem brązowy medal i zadebiutował na MŚ w Katowicach. Przed sezonem przeniósł się czeskiego Orli Znojmo, które występuje w austriackiej lidze EBEL. Drużyna z Polaka rzutem na taśmę zakwalifikowała się do fazy play-off przegrywając już w pierwszej rundzie z zespołem z Klagenfurtu. Wronka w 48 meczach zdobył 4 bramki i zanotował 10 asyst, w końcówce sezonu tracąc miejsce w składzie swojego klubu. Wronka mistrzostwa w Kijowie zakończył z dorobkiem dwóch asyst. Czeskiej Extraligi od trzech lat nie może zawojować także Aron Chmielewski. W barwach Ocelari Trinec gra sporadycznie, a większość czasu spędza na wypożyczeniach w klubach I i II ligi czeskiej. W reprezentacji, w której jest jednym z liderów na zakończonych w piątek Mistrzostwach Świata nie zdobył choćby punktu.

 

W 22-osobowej kadrze powołanej przez trenera Płachtę na Mistrzostwa Świata w Kijowie 6 zawodników gra w ligach zagranicznych. Wronka w Austrii, Chmielewski w Czechach i Grzegorz Pasiut z Niomanem Grodno wywalczył Mistrzostwo Białorusi. Trzech pozostałych występuje na drugim poziomie rozgrywkowym w Wielkiej Brytanii). Do Kijowa nie przyjechali Adam Borzęcki i Paweł Dronia, gdyż ich kluby rywalizowały w rozgrywkach play off niemieckiej DEL2. I to byłoby wszystko jeśli chodzi o polskich zawodników grających w ligach zagranicznych. Pozostali hokeiści grają na co dzień w lidze polskiej.

 

Gruth persona non grata

 

Brak sukcesów reprezentacji nie jest tylko wynikiem nieodpowiedniej selekcji. To wypadkowa wielu czynników. Począwszy od braku scentralizowanego systemu szkolenia od najmłodszego naboru, poprzez zespoły młodzieżowe na seniorach kończąc. Od kilku lat pomocną dłoń w kierunku Polskiego Związku Hokeja na Lodzie wyciąga Henryk Gruth. Przypomnijmy, że jest to czterokrotny olimpijczyk i jako jedyny Polak przyjęty do Galerii Sławy IIHF (Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie). Po zakończeniu kariery na stałe zamieszkał w Szwajcarii gdzie zajął się trenowaniem młodzieży. Od podstaw stworzył system szkolenia z którego obecnie korzystają Szwajcarzy. Chce się podzielić swoją ogromną wiedzą i bogatym doświadczeniem, ale niestety takiej potrzeby nie widzą w Polskim Związku Hokeja na Lodzie. Dlaczego? Tego nie wie nikt, z samym Henrykiem Gruthem włącznie.

 

Czy system rozgrywek ligowych w Polsce jest doskonały? Nie! On jest tragiczny. Niemal co roku zmienia się zasady rywalizacji. Brakuje pomysłu i planowania, czyli rzeczy które wydają się być czymś oczywistym, w polskim hokeju nie są. Niemal co roku ustalanie zasad gry i kształtu rozgrywek jest jedną wielką prowizorką. W sezonie 2015/16 w I lidze (zaplecze ekstraklasy) wystartowały... dwie drużyny (Automatyka 2014 Stoczniowiec Gdańsk i UKH Dębica), które przez cały sezon rozegrały między sobą łącznie cztery(!) mecze o awans do Polskiej Hokej Ligi. Tak na dobrą sprawę słynna już historia Minister Sportu i Turystyki Joanny Muchy dotycząca pomocy III lidze hokeja na lodzie dla jednych była wpadką, a dla innych już niekoniecznie. Bo w tym czasie w Polsce funkcjonował trzeci poziom rozgrywkowy. Była to liga amatorska, a gdyby tak jeszcze bardziej szczegółowo się temu przyjrzeć, to nawet i czwarty poziom byłby możliwy zestawić.

 

Pieniądze to nie wszystko? Nie do końca...

 

Kto może zagrać w hokejowej ekstralidze? Teoretycznie i praktycznie każdy. I teoretycznie każdy (w praktyce w zasadzie też) może po roku gry zostać Mistrzem Polski. Wystarczy wykupić dziką kartę i mieć zabezpieczony budżet w wysokości 2 milionów złotych. Koszt dzikiej karty każdego roku jest inny, gdyż cenę ustala PZHL (przybliżona cena ok. 100 tysięcy złotych za sezon). Jeszcze bardziej kontrowersyjne są warunki wypełnienia kwestii budżetowych. Teoria mówi, że wystarczy mieć gwarancje finansowe opiewające na kwotę 2 milionów złotych. W tym przypadku teoria i praktyka to zupełnie dwie różne rzeczy. Okazało się, że w tej kwocie są również koszty korzystania z lodowiska. Zakładając hipotetycznie jeśli władze miasta są właścicielem lodowiska i użyczą klubowi obiekt, a dany klub udowodni, że koszt jego utrzymania w sezonie wynosi na przykład 700 tysięcy, to o taką kwotę pomniejszoną może być zabezpieczony budżet zespołu.

 

Przy tak przejrzyście zorganizowanych rozgrywkach logicznym wydawać się może, że kluby powinny opierać kadry swoich zespołów przede wszystkim na krajowych zawodnikach wspieranych przez solidnych obcokrajowców. Nic z tych rzeczy! Co roku zmieniana jest liczba obcokrajowców, którzy mogą grać w PHL. Raz było ośmiu (ale dodatkowo każdy hokeista starający się o polskie obywatelstwo automatycznie był traktowany jako zawodnik krajowy). Innym razem obcokrajowców mogło być trzech i dodatkowo trzech zagranicznych zawodników pod warunkiem spełnienia kilku kryteriów (wiek poniżej 30 lat, grający minimum dwa sezony w Polsce i przynajmniej starający się o polskie obywatelstwo) też traktowani byli jako zawodnicy krajowi. W ostatnim sezonie na przykład wprowadzono przepis, że minimum połowę meczów sezonu zasadniczego musieli rozegrać bramkarze z polskim obywatelstwem (lub tak jak w przypadku Johna Murraya przynajmniej starający się o polski paszport). Grę bramkarzy obliczano co do sekundy. Niewywiązanie się z tego przepisu groziło dużymi karami. Takich przykładów było dużo więcej.

 

Statystyki porażają...

 

Większości klubom w Polsce bardziej opłaca się pozyskiwać przeciętnych obcokrajowców, niż szkolić wychowanków i wprowadzać ich do pierwszej drużyny. Sprowadzani niemal hurtowo zawodnicy z Czech, Słowacji lub Ameryki coraz chętniej przyjeżdżają do Polski, bo mogą tutaj zarobić lepsze pieniądze niż u siebie w dodatku grając w dużo słabszej lidze. Wartościowych zawodników zagranicznych, którzy przewinęli sie w ostatnich latach przez ligę polską było raptem kilku. To odbiło się na frekwencji podczas meczów ligowych. W raporcie opublikowanym przez IIHF (Międzynarodową Federację Hokeja na Lodzie) wynika, że mecze Polskiej Hokej Ligi ogląda średnio zaledwie 769(!) widzów. A i tak te dane wydają się być zawyżone, gdyż większość klubów w Polsce liczbę kibiców podaje w przybliżeniu.

       

Pozostałe statystyki zamieszczone przez IIHF też nie napawają optymizmem. Według tych danych w Polsce zarejestrowanych jest zaledwie 3586 hokeistów i hokeistek włącznie. Samych seniorów mamy tylko 978 (w PHL, I i II lidze).

     

Te liczby pokazują dlaczego kilka lat temu graliśmy na Mistrzostwach Świata na przykład z Australią, a w piątek ulegliśmy Austrii aż 0-11. Hokej w Polsce z roku na roku niestety umiera i tylko pojedyncze, malutkie sukcesy utrzymują go przy życiu.

 

Mistrz Polski z dziką kartą

       

Przy tej całej sytuacji jedno jest zaskakujące. Na jakiej podstawie Mistrzowi Polski przyznawana jest dzika karta na grę w Lidze Mistrzów. Tak było w zeszłym sezonie i tak będzie w obecnych rozgrywkach. Nasz kraj po raz drugi reprezentować będzie drużyna Cracovii. W stawce 32 drużyn po pięć jest z Finlandii i Szwecji, po cztery z Czech i Szwajcarii, a po trzy z Niemiec i Austrii. Mistrzostw Polski znaleźli się w tym gronie obok dwóch drużyn z Wielkiej Brytanii oraz mistrzów Słowacji, Norwegii, Białorusi, Danii i Francji. Rozgrywki w tych krajach są zdecydowanie mocniejsze od PHL, a i tak w Champions Hockey League będą mieli tylko jednego przedstawiciela. Nie ma w tym gronie choćby reprezentanta dużo mocniejszej ligi włoskiej.

 

W zeszłym sezonie Cracovia w debiucie trafiła na wicemistrza Czech, Spartę Praga oraz na utytułowany szwedzki zespół Farjestad Karlstad. Krakowianie przegrali wszystkie cztery spotkania notując bilans 7 strzelonych i 24 straconych bramek. Mecze te choć rozgrywane w okresie letnim pokazały nam jak duża przepaść dzieli polski hokej od tego w Europie. Jedno jednak nie ulega wątpliwości, że występ w tych rozgrywkach to była dobra lekcja dla Mistrzów Polski.

 

Hokej na lodzie od zawsze kojarzy nam się z osobami Mariusza Czerkawskiego i Krzysztofa Oliwy. Obaj jednak kilka lat temu zakończyli swoje kariery. A ich następców jak nie było tak nie ma. I w najbliższym czasie wszystko na to wskazuje, że w tej kwestii nic się na dobre nie zmieni. A przecież to dyscyplina z jakże pięknymi tradycjami. Igrzyska Olimpijskie w Calgary i pamiętne mecze ze Szwecją oraz Kanadą. Teraz mocno zaniedbana i schorowana. Najwyższa pora by uzdrowić pacjenta. Bo wieczne podtrzymywanie funkcji życiowych za pomocą doraźnych kroplówek może już niedługo zakończyć się odłączeniem respiratora i śmiercią...