Jak rodzina przyjęła wiadomość o objęciu przez pana drużyny narodowej?

 

Piotr Przybecki: Po części z radością, gdyż to jest wielki zaszczyt, ale też i z pewnymi obawami, bo zdajemy sobie sprawę, że zawodnicy, którym zawdzięczamy złote czasy polskiej piłki ręcznej, są generacją odchodzącą. Wychowanie sobie następców, którzy będą mogli ich zastąpić w meczach na najwyższym poziomie, to jest proces. Tak jak i treningi, takie budowanie jest procesem, a to się nie dzieje z dnia na dzień. Dlatego moi bliscy podchodzili do tego z pewną rezerwą, bo wiedzą, na co się porywam.

 

Równolegle będzie pan prowadził Orlen Wisłę Płock. Czy trudno będzie połączyć pracę w klubie i reprezentacji?

 

Chyba do końca jeszcze nie zdaję sobie sprawy, jak dużo będzie zadań przede mną. Z drugiej strony mam wielce pomocny sztab trenerski w Płocku, przede wszystkim w osobach Krzyśka Kisiela i Artura Górala. Związek też bardzo pomaga. Te dwie pozycje będę musiał jakoś dzielić, nie będzie to łatwe, ale będę się starał je wypełniać jak najlepiej.

 

Czasu dla rodziny pozostanie niezbyt dużo...

 

To jest rzeczywiście minus tej całej sytuacji. Ale podejmując decyzję, a trzeba ją było podjąć szybko i to w niezwykle gorącym okresie, byłem świadomy czego się podejmuję. Rozmawiałem z żoną i synem i oni właśnie z tego względu "czasowego" nie są zbyt szczęśliwi.

 

Co pan zmieni w grze reprezentacji?

 

Czeka nas na pewno, choć to już się zaczęło za czasów mojego poprzednika Tałanta Dujszebajewa, zmiana pokoleniowa. Wiele będzie zależało od nowych postaci, które pojawią się w drużynie narodowej. Nowe twarze muszą się pojawić, bo wiadomo, że ta drużyna, która odnosiła sukcesy przez prawie 10 lat, powoli się wyczerpuje. Taktyka będzie zależała głównie od tego, w jakim składzie będziemy występować.

 

Może pan podać jakieś nazwiska młodych zawodników, którzy zwrócili na siebie pańską uwagę?

 

Jesteśmy w trakcie rozmów. Drzwi do kadry są otwarte dla wszystkich. Świetnie byłoby, gdyby mogli w niej grać wszyscy najlepsi na ten moment zawodnicy. W Polsce nie ma aż tak dużych rezerw. Na pewno jest parę młodych talentów, jak chociażby Szymon Sićko, ale nie chciałbym podawać innych nazwisk, bo to wszystko jest związane z zakończeniem rozmów z nimi.

 

Czy widzi pan w klubach zagranicznych Polaków, którzy przydaliby się w reprezentacji?

 

Rozmawiam ze wszystkimi, właśnie teraz te rozmowy się odbywają. Każdy, kto jest w dobrej formie i mógłby grać w reprezentacji, jest dla niej bezcenny. Ale druga strona medalu jest taka, a po tych wstępnych rozmowach już to wiem, czy oni chcą grać, czy są jeszcze w stanie. Niektórzy mówią o kontuzjach, inni mają swoje problemy. Wszystko zależy od drugiej strony, od decyzji tych zawodników, czy chcą zagrać w kadrze.

 

Czy będzie pan korzystał ze starszych zawodników?

 

To wszystko jest uzależnione od rozmów i ich wyniku.

 

Jakie najbliższe plany?

 

Najpierw mamy zgrupowanie w Cetniewie, które poprzedzi bardzo silnie obsadzony turniej w Norwegii, z udziałem także Islandii i Szwecji. A potem dwa mecze kończące rywalizację w eliminacjach mistrzostw Europy - najpierw w Serbii, a później w Ergo Arenie z Rumunią.

 

Czy w spotkaniach o punkty będzie pan eksperymentował?

 

W perspektywie reprezentacyjnej takie mecze z mocnymi przeciwnikami, w których można próbować różne ustawienia, są bardzo korzystne. Takich okazji za wiele nie ma. To nie jest praca klubowa. Będziemy się starali jak najlepiej to wykorzystać.

 

Ostatnie występy reprezentacji nie były zbyt udane. Gdzie według pana popełniono błędy?

 

O błędach nie chcę mówić. Szczególnie w ostatnim meczu eliminacji ME z Białorusią byliśmy bardzo blisko zwycięstwa. Praktycznie mieliśmy je na wyciągnięcie ręki,a skończyło się 27:27. W piłce ręcznej, jak i w wielu innych dyscyplinach, czołówka jest coraz bliżej siebie. Choćby wspomniana Białoruś zrobiła ogromny postęp.

 

Jaki cel postawiły przed panem władze związku?

 

Mamy trzy lata na zrealizowanie celu, jakim jest awans do igrzysk olimpijskich w Tokio. Ale już teraz wiemy, że ta droga będzie bardzo trudna.

 

Był niedosyt po przegranym 24:25 pierwszym meczu finału mistrzostw Polski z Vive Tauron Kielce?

 

Najpierw była pewna mała frustracja po porażce w finale Pucharu Polski. Trochę wtedy straciliśmy kontrolę nad tym, co się działo na boisku, niepotrzebnie puściły nam nerwy, pewnie parę decyzji sędziów wyprowadziło nas z równowagi. Niepotrzebnie. Z kolei w pierwszym meczu finału ekstraklasy rzuciliśmy na szalę wszystkie nasze siły, co było zresztą widać, ale rywale grali konsekwentnie. Mieliśmy stuprocentowe szanse w końcówce, których nie wykorzystaliśmy, a mogliśmy ten mecz wygrać, bo chłopaki na to zasłużyli.

 

W sobotę rewanż w Kielcach...

 

Przede wszystkim musimy trzymać nerwy na wodzy. Mamy wielu zawodników młodych, na różnych pozycjach, ważne, żeby wytrzymali presję. Musimy też zagrać konsekwentnie w obronie. Jedna bramka w piłce ręcznej to jest nic. Wiemy, z kim gramy. Kielczanie mają znakomity zespół. Ja sam znam tych chłopaków od lat, to są wielkie nazwiska i wiem, co potrafią, ale nie poddamy się.